Wiec zorganizował społecznik Bogdan Wziątek, a przyszli na niego Polacy, ale także Ukraińcy. Przyznał, że podobne wydarzenia odbywają się także w Warszawie i innych miastach w Polsce.
– Musimy pokazać Putinowi, że się go nie boimy. Uważamy, że powinien się wycofać i schować do kieszeni swoje ambicje. Nie jest Piotrem I (car Rosji), za jakiego się uważa. Jest zwykłym bandytą, który usiłuje na tragedii ludzkiej zbić kapitał – powiedział Bogdan Wziątek
Następnie głos zabrał Stefan Migus, przewodniczący olsztyńskiego oddziału Związku Ukraińców w Polsce, który powiedział, że w województwie warmińsko-mazurskim mniejszość ukraińska jest dosyć liczna – mieszka tu kilkadziesiąt tysięcy osób. Są to w większości obywatele polscy, potomkowie przesiedleńców z Akcji „Wisła”.
– Zawsze będą związani ze swoją duchową ojczyzną Ukrainą i dlatego zawsze włączają się w pomoc Ukrainie i tak jest teraz – wyjaśnił Migus.
Dodał, że przez siedem ostatnich lat (od czasu, gdy rosyjscy żołnierze zajęli Krym) ranni ukraińscy żołnierze leczyli się w Polsce. Związek Ukraińców w Polsce pomagał im w znalezieniu ośrodków i szpitali oraz opłacał ich pobyt. Społecznicy wysyłają także pomoc sierotom przy okazji świąt.
Zdaniem Migusa, Ukrainę może opuścić nawet milion osób uciekających przed wojną, głównie kobiet i dzieci.
– I na to jesteśmy gotowi, chociaż chcielibyśmy, żeby tej wojny nie było. Niestety na dzień dzisiejszy nie wygląda to dobrze. Tylko dzisiaj (w czwartek) do południa było przeprowadzonych 29 ataków. Siły rosyjskie strzelały po ulicach czy innych publicznych placówkach. Jest kilka osób rannych. Na szczęście żołnierze ukraińscy zareagowali w porę i do większej tragedii nie doszło – powiedział Stefan Migus.
Jego zdaniem Putin prowadzi grę. Z jednej strony uspokaja Europę i Stany Zjednoczone, a jednocześnie zwozi żołnierzy na granicę z Ukrainą, buduje mosty pontonowe, żeby żołnierze mogli się przeprawić.
– W każdej chwili możemy spodziewać się wybuchu wojny – zakończył przewodniczący lokalnych struktur Związku Ukraińców w Polsce.














Komentarze (46)
Napisz komentarz✔️Relacja Marii i Leszka Jazowników:
"Po raz pierwszy banderowcy zaatakowali 17 lutego 1944 roku. W mroźny wieczór kilkuosobowa grupa Ukraińców przebranych w rosyjskie mundury, zagrabione w czasie odwrotu armii sowieckiej, wkroczyła do wsi. Uzbrojeni mężczyźni przybyli pod dom Piotra i Paranii Lasków. Na ich widok mężczyzna uciekł na strych, zaciągając za sobą drabinę. Brzemienna kobieta została przy małym dziecku. Nie znalazłszy jej męża, upowcy przywiedli do sieni schwytanego wcześniej 30-letniego Władysława Laskę, ok. 40-letniego Mateusza Olszewskiego i 28-letniego Franciszka Laskę. Postanowiono mężczyzn zarąbać siekierami. Pojmani nie mogli liczyć na litość ukraińskich siepaczy. Okrucieństwu banderowców towarzyszył niespotykany cynizm. Od schwytanych co rusz żądali, aby nieco inaczej układali głowy na drewnianym progu domostwa. Przykładali siekierę do ich szyi, przymierzając się do zadania śmiertelnego uderzenia. Mężczyźni, sparaliżowani strachem, czy też może przeświadczeni, że – wobec niemożliwości uwolnienia się – najlepszym dla nich rozwiązaniem będzie skrócenie czasu egzekucji, posłusznie wykonywali polecenia oprawców. Wreszcie siekiera grzęzła w karkach ofiar. Krew szerokimi strumieniami zalewała podłogę. Po jakimś czasie banderowcy odeszli, pozostawiając ciała pomordowanych.
Wkrótce po tym zdarzeniu Parania powiła dziecko.Urodziło się ono karłowate. W tragiczny wieczór banderowcy zabili siekierami jeszcze czterech innych mężczyzn. Około godziny 20.00 pojawili się w zagrodzie Piotra i Stefanii Piątaków. Kobieta przędła wełnę przy nikłym świetle lampki naftowej, gdy banderowcy zastukali do okien. Właściciel posesji, silny 40-letni mężczyzna, szybko podskoczył do drzwi i zaparł je z całych sił. Oboje małżonkowie głośno krzyczeli, prosząc o ratunek. Nikt nie przybył z pomocą. Tymczasem napastnicy, nie mogąc sforsować drzwi, wybili okno kolbami karabinów i wskoczyli do mieszkania. Strzelili do Piotra Piątaka. Gdy ten usunął się na ziemię, ugodzili go siekierą w głowę. Stało się na oczach jego żony Stefanii (będącej w siódmym miesiącu ciąży) oraz ich 9-letniej córki. Niedługo później przyszło na świat dziecko Stefanii. Przeżyło ono zaledwie 3 miesiące.
Po dokonaniu mordu w domu Piotra i Stefanii Piątaków banderowcy zabili siekierą 24-letniego Jana Bokłę. W podobny sposób pozbawili życia 18-letniego Stanisława Kulczyckiego. Odrąbali mu głowę na oczach jego 6-letniego bratanka Henryka Kulczyckiego. Serię okrutnych rzezi dokonanych 17 lutego zakończyło zabójstwo ok. 30-letniego Stanisława Iwaczewskiego. Okoliczności jego śmierci nie są bliżej znane. Wiadomo tylko, że zginął od uderzeń siekiery".
---------------------------------
Po wojnie do Łężycy przybyło 40 rodzin cudem ocalałych od rezuńskich siekier. Wszystkie mieszkały we wsi Gniłowody, leżącej na terenach dzisiejszej Ukrainy.
To była pierwsza, ale nie ostatnia akcja Ukraińców w Gniłowodach. I wcale też nie najbardziej krwawa. Taka miała miejsce 5 stycznia 1945 roku, gdy w bestialski sposób zamordowanych zostało 36 osób. Już w pierwszych dniach stycznia, tuż przed Świętem Trzech Króli, pojawiły się złowróżbne plakaty z napisem: "Świeca na stole, siekiera na czole". Ludzie, którzy przeżyli tę rzeź, schronili się w Podhajcach. Pół roku później ruszyli transportem na zachód i osiedlili się właśnie w Łężycy. Po latach, z inicjatywy mieszkańców, na placu przy kościele stanął Pomnik Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez Ukraińców z OUN-UPA. Później pojawiły się kolejne tablice upamiętniające ofiary ludobójstwa dokonanego w latach 1939-1947 przez OUN-UPA na Kresach, które nie mają swoich grobów. Dwa lata temu dołączyły nowe, kamienne tablice poświęcone pamięci Polaków, w tym szczególnie nauczycielom zamordowanym na Kresach. W krypcie Pomnika złożono poświęconą ziemię z Huty Pieniackiej.
- «
- 1
- 2
Napisz komentarz