Groźny pożar mieszkania przy ul. Limanowskiego

- Nie chce jeść, tylko śpi - kobieta głaszcze dwuletniego amstaffa Abrasa po potężnym łbie. Pies ledwie uszedł z życiem z pożaru mieszkania przy ul. Limanowskiego. Uratowali go strażacy.

W poniedziałek wieczorem lokatorzy mieszkania przy ul. Limanowskiego wyszli na chwilę z domu. Nie wyłączyli nawet telewizora. Wrócili w momencie, kiedy strażacy toporami wyrąbywali wzmocnione drzwi antywłamaniowe do ich mieszkania. Wewnątrz wybuchł pożar. - Przeżyłem szok - opowiada pan Jakub. Trzyma w ręku szpachelkę do usuwania złuszczonej farby. Właśnie czyści ściany w spalonej kuchni. - Całą noc nie mogłem spać. To się mogło naprawdę źle skończyć. Mieszkanie przy ul. Limanowskiego omal nie spłonęło. A razem z nim pies, dwuletni amstaff Abras. Przyczyną pożaru był żar wyjęty z pieca i nieostrożnie pozostawiony w kuchni. - Popiół z pieca wygarnęłam rękami, więc sądziłam, że nic nie może się stać - opowiada pani Małgorzata. Po wyjściu mieszkańców od ukrytego w popiele żaru zapalił się stojący w kuchni plastikowy pojemnik. Po kilku minutach mieszkanie na pierwszym piętrze wypełniło się dymem. Na szczęście, czuwała sąsiadka z góry, która - jak mówią inni lokatorzy - lubi wiedzieć wszystko. To ona wezwała strażaków. Interwencja była błyskawiczna. - Jak dojeżdżaliśmy, to w oknie było już widać płomienie - mówią strażacy. Strażacy toporami porąbali antywłamaniowe drzwi. Pożar w kuchni ugasili w pięć minut. - Nawet mieszkania nie zalali - chwali ich lokator. - A było groźnie. Przecież w ścianach jest trzcina i deski, podobnie w suficie i podłodze. Po paru minutach wszystko mogło się zacząć palić. Jeden ze strażaków zajął się amstaffem, który wyskoczył na zewnątrz przez wyłamane drzwi. Abras za uratowanie życia podziękował strażakom po psiemu - liżąc ich po twarzach. Pies nadal jest przerażony. Leży pod kocem na sofie. - Jest jeszcze zestresowany. Nic nie chce jeść - opowiada Małgorzata. - Na dworze się bawi, ale w domu tylko śpi. Za parę dni dojdzie do siebie - mówi z przekonaniem. Właściciele zwierzęcia zastanawiali się, czy jechać z nim do weterynarza, ale zrezygnowali. Cieszą się, że strażacy zminimalizowali straty w mieszkaniu. - I tak trzeba było je remontować na wiosnę - dodaje pani Małgorzata. - Dobrze, że to się stało teraz, a nie po remoncie. Cezary Stankiewicz

Komentarze (0)

Dodaj swój komentarz