Czy użytkownicy BitMarketu mają szanse na odzyskanie pieniędzy? [ROZMOWA]

Czy użytkownicy BitMarketu mają szanse na odzyskanie pieniędzy? [ROZMOWA]
Wojciech Przyłęcki, wiceprezes zarządu IQ Partners
Fot. Łukasz Kozłowski / Olsztyn.com.pl

Od zamknięcia giełdy BitMarket minął ponad miesiąc. W wyniku tego zdarzenia zniknęły dziesiątki milionów złotych. To naturalne, że w tym temacie nasuwa się wiele pytań. Dlaczego giełda upadła? Kto ma te pieniądze? Czy była to akcja wykonana z premedytacją czy raczej skutek nieodpowiedzialnych decyzji biznesowych? Czy w jakiś sposób użytkownicy mogą odzyskać swoje pieniądze? O tym i o wielu innych sprawach dotyczących jednej z najstarszych giełd kryptowalut w Polsce z Wojciechem Przyłęckim, wiceprezesem zarządu IQ Partners, rozmawiał Cezary Kapłon.

- Jakie spółki były odpowiedzialne za BitMarket przed waszym wejściem?

- Pierwotnie cała giełda BitMarket została założona przez Michała Plebana w ramach jego ówczesnej działalności w Aftermarkecie. W 2015 roku serwis został odkupiony w całości przez spółkę Kvadratco Limited Services z siedzibą w Wielkiej Brytanii. Za spółką stali Tobiasz Niemiro, Marcin Aszkiełowicz jak również Mariusz Sperczyński. Według mojej wiedzy sam pomysł kupna giełdy od Michała Plebana wyszedł od Mariusza Sperczyńskiego. On przekonał Tobiasza Niemiro. Natomiast Marcin Aszkiełowicz pojawił się nieznacznie później.

Kvadratco, według mojej wiedzy, było właścicielem spółki Bitmarket Limited z Seszeli. De facto to ta druga spółka pojawiała się w regulaminach giełdy jako właściciel. A Kvadratco pojawiało się jako operator. To się prawdopodobnie wzięło stąd, że chcąc obsługiwać transakcje wpłat/wypłat w złotówkach, podmiot z Seszeli w Polsce w praktyce nie miałby szans na założenie takiego rachunku, a brytyjska firma będąca w Unii Europejskiej mogła to zrobić.

Wszystkie środki, które klienci wpłacali, trafiały na rachunki Kvadratco. Środki te trafiały za pomocą różnych operatorów płatności, jak Igoria Trade czy Misterango. Od 2015 roku nie było takiej sytuacji, w której klienci BitMarketu mogliby powiedzieć, że wpłacali pieniądze gdzieś indziej niż do Kvadratco.

Dodatkowo, była jeszcze spółka Kvadratco Services Limited z siedzibą na Cyprze, która była właścicielem warszawskiej spółki Digiminex sp. z o.o. Ta ostatnia spółka była odpowiedzialna za wypłaty wynagrodzeń pracownikom.

I ta struktura funkcjonowała do upadku giełdy.

- W końcu na scenie pojawiło się IQ Partners.

- Rozmowy zaczęły się na przełomie 2017 i 18 roku, gdy przyszedł do mnie Tobiasz i zaproponował, żebyśmy kupili giełdę. Rozpoczęliśmy rozmowy, które w lutym 2018 roku zaczęły się na tyle konkretyzować, że ustaliliśmy sobie, w jaki sposób dokonamy przejęcia BitMarketu, a w praktyce przeniesienia poszczególnych składników z Kvadratco i ewentualnie z innych spółek do spółki Gyptrade. Ta spółka została założona przez Tobiasza Niemiro i Marcina Aszkiełowicza w 2018 roku.

My w lutym zaczęliśmy się przygotowywać do procesu przejęcia BitMarketu. W ramach negocjacji ustaliliśmy warunki, w których powiedzieliśmy, że IQ Partners nie będzie w żaden sposób przejmowało spółki Kvadratco, dlatego że podczas rozmów tłumaczyli nam, że mają swoje rozliczenia i problemy. Wygodniej było znaleźć takie rozwiązanie, które sprawiłoby, że dla nas i naszych akcjonariuszy bezpieczniej byłoby stopniowo przenieść giełdę do czystego podmiotu. Wymyśliłem jak od strony formalnej tego dokonać. Istotnym elementem, o którym nie wolno zapominać, było to, że Tobiasz i Marcin, zanim podpisaliśmy umowy związane z giełdą (w listopadzie), poprzez ich spółkę Global1 nabyli w lutym akcje IQ Partners od Atlantis SA tj. spółki kontrolowanej przez Mariusza Patrowicza.

Niedługo po tym, gdy Tobiasz Niemiro i Marcin Aszkiełowicz nabyli akcje spółki, z rady nadzorczej zrezygnowały dwie osoby powołane przez Patrowicza. Global1 wskazał na ich miejsce Marcina Marcinkiewicza i Annę Jarmińską.

W marcu byliśmy przekonani, że już w kwietniu podpiszemy umowę. Jednak wówczas Tobiasz poinformował nas, że jego drogi biznesowe z Marcinem Aszkiełowiczem się rozchodzą i Marcin pozostanie w Bitmarkecie sam.

Ostatecznie estoński Gyptrade OU nabyliśmy wyłącznie od Aszkiełowicza. Dla nas istotne było to, żeby w momencie podpisywania umowy inwestycyjnej, estońska spółka posiadała znak towarowy, domeny i kody źródłowe (bez baz danych).

Umowa dotycząca BitMarketu została skonstruowana w taki sposób, aby była bezpieczna dla naszych akcjonariuszy. Ponieważ nie mieliśmy zamiaru przejmować Kvadratco, ani nie bylibyśmy w stanie w praktyce go zaudytować, podjęliśmy decyzję, że kluczowe składniki dotyczące Bitmarketu zostaną przeniesnione do Gyptrade OU. Pierwotnie obaj Panowie (Tobiasz Niemiro i Marcin Aszkiełowicz) mieli dostać warranty, które mogliby wymienić na akcje IQ Partners w sytuacji, gdy Gyptrade osiągnie określony wynik finansowy. Wynik ten został określony przez nich na bazie roku 2017 – miał wynosić do 15 mln zł. Jeżeli tak by się stało, to mieli otrzymać proporcjonalnie, w zależności od zysku, maksymalnie 7,5 mln warrantów. To nie było zatem tak, że zapłaciliśmy 2,5 tys. euro za BitMarket, jak podawały niektóre media.

Jeżeli otrzymaliby te warranty zamienione później na akcje, to wraz z akcjami, które kupili od Atlantis SA (ponad 4 mln), mieliby ok. 12 mln akcji, czyli ok. 40 proc. udziałów w spółce w tamtym czasie. 15 mln zysku oznaczałoby, że na jedną akcję przypadałoby 50 groszy. Przy założeniu rynkowych wskaźników giełdowych, należałoby się spodziewać, że kurs IQ Partners SA osiągnie około 5-6 zł. Oczywiście jest to czysta spekulacja co do ceny, ale jeżeli mówimy o pewnej logice – takich poziomów cenowych należało się spodziewać. Wówczas wartość 12 mln akcji IQ Partners SA będących w posiadaniu wcześniejszych właścicieli Bitmarketu wynosiłaby 60-70 mln zł. I to jest prawdziwy biznesowy powód, dla którego doszło do zawarcia umów.

- Czy po wykupieniu przez was Gyptrade'u użytkownicy giełdy poczuli jakąś zmianę?

- W listopadzie, po tym jak przejęliśmy Gyptrade z aktywami, z punktu widzenia użytkowników nie zmieniło się nic. Nadal wpłacali środki do Kvadratco. Gyptrade, mimo że posiadał domeny, nie przyjmował środków klientów, bo nie był do tego fizycznie przygotowany. Aby przygotować spółkę do przyjmowania środków, trzeba było utworzyć nowy system. Stary nie był w stanie udźwignąć nowych produktów, dlatego od połowy zeszłego roku pracowaliśmy nad nowym silnikiem, który umożliwiał podpięcie nowych produktów oraz pełną migrację użytkowników ze starego systemu na nowy, uruchomienie nowych par walutowych. Stworzono profesjonalnie księgowość, uporządkowano sprawy formalne związane z przeniesieniem użytkowników.

- Co to znaczy przenieść użytkownika?

- To nie jest tak, że my informujemy użytkownika Bitmarketu, że był dotychczas w Kvadratco i się tam rozliczał, a teraz jego portfel znajdzie się w spółce Gyptrade. To tak nie działa. Użytkownik musiałby wyrazić zgodę na przejście. Musiałby również potwierdzić swoje saldo np. „Tak, miałem trzy bitcoiny w Kvaadratco i przenieście mi je do nowego systemu”. Gdyby tak się stało, to od tego momentu moglibyśmy mówić o odpowiedzialności Gyptrade'u za środki klientów. Ale i sama spółka musiałaby wyrazić zgodę na przeniesienie środków. A równolegle klienci Bitmarketu musieliby podpisać szereg zgód odnoszących się m.in. do RODO czy nowych regulaminów, których stroną byłby Gyptrade.

W sytuacji dualizmu, tj. po tym jak staliśmy się posiadaczami domen i znaku towarowego, ale bez baz danych klientów, ogłoszono w social media – wbrew faktom – że staliśmy się właścicielami giełdy i przejęliśmy również depozyty. Po upadku były to wygodne dla poszkodowanych założenie, że jest winny, który ukradł pieniądze. Emocje poszkodowanych sprawiły, że taki mechanizm zadziałał.

Dochodzimy do dnia 7 lipca 2019 roku, gdy dowiadujemy się o tym, że BitMarket ma kłopoty. Marcin do mnie przyszedł i opowiedział o problemach. Tłumaczył, że dziura w praktyce stanowi tak wielką wartość, że – w moim odczuciu – to nie mogło być spowodowane jakimś prostym działaniem biznesowym. Od tego momentu zaczyna się cała historia, którą rynek częściowo zna. Marcin był u mnie w niedzielę, w poniedziałek zaś złożyłem zawiadomienie do prokuratury.

Przez okres naszej przygody z BitMarketem nie byliśmy nigdy w stanie zobaczyć rachunków bankowych czy kryptowalutowych, bo one należały do Kvadratco. Nie dochodziły do nas żadne informacje, że BitMarket ma problemy. Nie mieliśmy powodu, żeby przeprowadzić audyt Kvadratco – spółka ta nie była w sferze naszych zainteresowań, nie ją mieliśmy przejmować. Gdybyśmy jednak się na to zdecydowali, zajęłoby to długie tygodnie i kosztowałoby majątek, a ryzyk by nie ograniczyło.

- Z oświadczenia Marcina Aszkiełowicza wynikało, że giełda od dłuższego czasu była źle zarządzana przed jego przyjściem.

- W sieci pojawia się kwota 2300 bitcoinów. Odczytuję to, co mówił Marcin, że ta dziura w tej wysokości pojawiła się dużo wcześniej, niż my zainteresowaliśmy się BitMarketem. Potwierdzeniem tego są co najmniej dwa zdarzenia. Pierwsze to oświadczenie Michała Plebana, potwierdzone de facto przez słowa Tobiasza Niemiro, Marcina Aszkiełowicza i Mariusza Sperczyńskiego. Wszyscy oni twierdzili, że w momencie przejmowania giełdy przez Kvadratco od Aftermarketu, nie mieli wystarczających środków na realizację transakcji. Brakowało im 600 tys. zł. Michał Pleban zabrał z giełdy równowartość tych 600 tys. w postaci bitcoinów. Proszę zwrócić uwagę – wszyscy zainteresowani są co do tego zgodni.

Pierwsza dziura pojawia się już w 2015 roku – w dniu zakupu giełdy. Druga pojawia się w wyniku dwóch włamań – na łącznie 600 bitcoinów. Te włamania miały miejsce nie później, niż w I połowie 2016 roku. Razem mamy stratę w postaci ok. 1100-1200 bitcoinów. Przy dzisiejszych wartościach jest to 50 mln zł.

- A wtedy?

- Wydaje mi się, że wówczas ta dziura była na poziomie 1,5-2 mln zł. Zupełnie inne wartości. Jeżeli zostały im ukradzione kryptowaluty i nie zasypali tej dziury, to musieli później kupować po innych cenach.

To są dwa elementy, o których wszyscy mówią, że miały miejsce, a jednocześnie nikt z nich nie chce wziąć za to odpowiedzialności. Mariusz Sperczyński w swoich oświadczeniach twierdzi, że wszystko się zgadzało, gdy odchodził w 2017 roku. Wiedział przecież o włamaniu, bo był przy tym. Wiedział też o dziurze przy zakupie Bitmarketu. Jednocześnie twierdzi, że gdy odchodził w końcówce 2017, wszystkie salda klientów zgadzały się. No nie mogły się zgadzać! Tobiasz Niemiro mówił, że jako inwestor finansowy on się tym nie zajmował, ale od 2015 roku do maja 2017 roku był dyrektorem Kvadratco – w okresie gdy oba zdarzenia miały miejsce. Ktoś z zarządzających musiał zatem wiedzieć już wówczas, że salda nie mogą się zgadzać.

- Prowadząc rozmowy mieliście pojęcie o którejkolwiek z tych dziur?

- Podczas rozmów powiedzieli, że nie chcą, aby Kvadratco było przedmiotem umowy. Zapytaliśmy, czy nie mają tam żadnych problemów. W odpowiedzi usłyszeliśmy o włamaniu, w którym zginęło 350 bitcoinów. My o tym dowiedzieliśmy się w 2018 roku. Powiedzieli nam, że w 2017 roku zarobili mnóstwo pieniędzy, po drugie zawarli ugody z użytkownikami, których dotyczyło to włamanie i sprawa została załatwiona. Uspokajali, że w momencie przenoszenia sald do Gyptrade'u, problem będzie rozwiązany. Tym bardziej nie mieliśmy zatem powodu zajmować się Kvadratco. 1200 bitcoinów zostało straconych – nasuwa się zatem pytanie, jak duża to była kwota na tle całości? Do końca trudno jest nam powiedzieć. Nie audytowaliśmy Kvadratco, więc po prostu nie wiemy. Ale patrząc na oświadczenie Michała Plebana, że oddawał BitMarket z blisko 1500 bitcoinów – tylko nie wiem czy to było po uwzględnieniu tych 600 sztuk, które wziął zgodnie z rozliczeniem – widzimy mniej więcej, jaka była skala tych środków. Trudno było powiedzieć na ile te 1100 czy 1200 bitcoinów mogło wywrócić im biznes od strony płynności, albo ile w ogóle to stanowiło w całości. Nie wiem, ale przy ówczesnych cenach bitcoina to mogło być do opanowania. Jednak zrobili błąd. Zamiast od razu odkupić bitcoiny, przełożyli to na następny rok, gdy bitcoin w grudniu koszotwał 20 tys. dolarów. Mówimy tutaj już o ubytku rzędu 20-kilku milionów dolarów.

Wiemy już wszyscy zatem o dziurze w wysokości 1200 BTC. Do 2300 BTC ciągle jeszcze brakuje1100 bitcoinów. Znam wersję, którą nie mogę się podzielić ze względu na toczące się śledztwo. Mogę powiedzieć, że brzmi ona bardzo prawdopodobnie. Łącznie ta dziura 2300 bitcoinów nie wzięła się z włamania, ale była następstwem działań sprzed I połowy 2016 roku.

Na początku lipca 2019 roku Kvadratco mając tak ogromną dziurę, nie było w stanie jej załatać. Bitcoin zaczął gwałtownie rosnąć mniej więcej cztery miesiące wcześniej. Od kwietnia do lipca wahał się w granicach 35-50 tys. zł. Ci, którzy zobaczyli, że bitcoin poszedł do góry, zaczęli wypłacać środki z BitMarketu, a Kvadratco tych środków nie było w stanie fizycznie wypłacać. Dlatego Marcin Aszkiełowicz zdecydował o tym, żeby BitMarket „zawiesić”.

Mamy z Marcinem Aszkiełowiczem umowę inwestycyjną, dlatego my (jako spółka publiczna) – gdy w niedzielę dowiedzieliśmy się od Marcina Aszkiełowicza o tym, że taka sytuacja ma miejsce i wiedzieliśmy, że ta umowa inwestycyjna nie zostanie doprowadzona do końca – poinformowaliśmy akcjonariuszy, że istnieje ryzyko, że giełda może zostać zamknięta. Nie wiedziałem, kiedy Marcin zamknie giełdę. Nie mogłem zignorować tego faktu, tym bardziej że poinformował mnie o rzeczach, które na mnie składały obowiązek zawiadomienia prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa. I tak doszliśmy do sławetnego poniedziałku czyli dnia zamknięcia BitMarketu. Tak to w dużym skrócie wyglądało.

- Czy IQ Partners mocno ucierpiała wizerunkowo na zamknięciu giełdy?

- Wizerunkowo jesteśmy zniszczeni. Po pierwsze, użytkownicy zaczęli działać w emocjach, które i nam się udzieliły. Rozumiemy ludzi, którzy stracili pieniądze i „powiesili psy” na tych, których pierwszych widzieli. Po drugie, ludziom wydaje się, że skoro to giełdowa spółka, to łatwo będzie cokolwiek odzyskać. Pominęli oczywiste fakty, że nie wpłacali pieniędzy ani do nas, ani do naszej spółki – a mimo to w Internecie zaczęły krążyć teorie spiskowe.

Biznesowy dramat dla IQ Partners SA wynika również z tego, że w lutym zeszłego roku zmieniliśmy strategię działania. Z bycia funduszem, który inwestował w startupy, przerzuciliśmy się na fintech. Blockchain i BitMarket był dla nas punktem zwrotnym. Nagle się okazuje, że strategia, którą zbudowaliśmy m.in. na BitMarkecie, zawala się w okolicznościach, które trudno nazwać korzystnymi. Pojawiamy się w kontekście afery, w której stracono prawdopodobnie olbrzymie ilości pieniędzy.

Liczyliśmy również, jako akcjonariusze, że BitMarket wystrzeli do góry i na tym zarobimy. Tych pieniędzy nie zarobiliśmy, ale można powiedzieć, że nie ponieśliśmy dużej straty. Z trzeciej strony ponieśliśmy koszty, straciliśmy czas związany z działaniami związanymi z BitMarketem, między innymi na przygotowaniu nowych produktów. Szansa na to, że dzisiaj je wprowadzimy na rynek za pomocą BitMarketu, albo zrobimy drugą giełdę, mimo że mamy przygotowane zaplecze i cały silnik, budzi naszą wielką wątpliwość. Sami się zastanawiamy, jaką drogę obrać. Dla akcjonariuszy jest to fatalny sygnał, że spółka po ogłoszeniu strategii dostała tak mocny cios. Pytanie jak się z tego podniesie, albo jaki kierunek obierze, aby zrealizować cele dla akcjonariuszy.

- Czy kontaktował się Pan z osobami poszkodowanymi?

- W pierwszym okresie po zamknięciu serwisu byliśmy jedynymi, z którymi był jakikolwiek kontakt. Po tym jak złożyłem zawiadomienie do prokuratury, jak ukazały się nasze publiczne komunikaty, pojawiły się pytania od osób prywatnych jak i od środowiska blockchainowego. Na każde z nich odpowiadaliśmy. Składając jednak zeznania w prokuraturze, nie o wszystkim mogliśmy publicznie mówić.

A kluczowym punktem do rozwiązania całej sprawy jest ustalenie zakresu odpowiedzialności podmiotów oraz konkretnych osób, które za nimi stały oraz wyjaśnienie okoliczności w jakich zniknęły środki. Ważne bowiem czy mamy do czynienia ze sprawą karną, czy raczej z nieudanym biznesem – co sugeruje np. Marcin Aszkiełowicz w swoich oświadczeniach. Należy ustalić jaki jest majątek, z którego ludzie mogą mieć zwrócone środki. To jest kluczowe.

Późniejsze kontakty z mediami zdecydowanie ustały po strasznej informacji, o samobójstwie Tobiasza Niemiro. Wówczas utwierdziliśmy się w przekonaniu, że nie powinniśmy się w to mieszać, nie powinniśmy aktywnie komentować sytuacji. Niespecjalnie też chcieliśmy się odnosić do słów Tobiasza, aby nie było to odbierane w taki sposób, że skoro Tobiasz nie żyje, to nie będzie mógł się także obronić czy odnieść do naszych słów.

- Tobiasz Niemiro w jednym z wywiadów wspominał o tym, że znalazł się w środowisku szemranych biznesmenów. Czy wie Pan, o kim mówił?

- Nie wiem. Ten artykuł był pełen aluzji i hipotez poprzeplatanych faktami. Mam wrażenie, że za pomocą części z nich chciał w niedwuznaczny sposób wskazać na mnie czy na osoby z IQ Partners, że to my rzekomo mogliśmy być tymi szemranymi biznesmenami. Trudno mi się do tego odnosić. Myślę, że działaliśmy transparentnie.

- Ludzie stracili ok. 100 mln zł. Gdzie są te pieniądze? Kto je ma?

- Najprościej to wytłumaczyć na przykładzie pierwszej dziury (bitcoiny użyte do rozliczenia za giełdę – red.). To jest zła decyzja biznesowa. Niezabezpieczenie wzrostu kursu bitcoina spowodowało to, że mieli złotówki a nie bitcoiny, a powinno być moim zdaniem na odwrót. Jeżeli wartość bitcoina na początku wynosiła 1000 zł i mieli kupić 600 bitcoinów za 600 tys. zł, to gdy kurs poszedł w górę po roku czy dwóch latach do 20-30 tys. zł, to okazało się, że mogli zakupić o wiele mniej jednostek kryptowaluty – 20 a nie 600, które musieli. W moim odczuciu to ten mechanizm tj. niezabezpieczenia ryzyka kursowego odpowiada za zniknięcie środków. Włamanie to oczywiście dodatkowo inna sprawa.

Jeżeli mechanizm jest prawdziwy, a tak wiemy z oświadczeń Marcina Aszkiełowicza, Michała Plebana, Mariusza Sperczyńskiego i Tobiasza Niemiro, to możemy wydedukować, gdzie są te pieniądze. Zniknęły poprzez niezabezpieczone ryzyko kursowe, nie przez jakąś kradzież dokonaną przez ludzi, którzy byli wewnątrz. Oczywiście, to czy Michał Pleban w rozliczeniu mógł zabrać te bitcoiny, pozostaje kwestią osądu. Nie wiemy, jaka była między nimi umowa. Nie wiemy też, na ile sytuacje, o których mówimy, albo nie możemy powiedzieć, nie wydarzyły się potem w przyszłości np. czy mechanizm ten się nie powtórzył.

Potem, po włamaniu, jak bitcoin zaczął iść do góry i ludzie chcieli wypłacać pieniądze, to zarząd Kvadratco musiał kupować albo sprzedawać bitcoiny po niekorzystnej cenie, bo musiał ratować płynność, żeby to się nie wydało. Dziw bierze, że przez cztery lata, przy tak dużej dziurze, udało im się zachować płynność.

- Sytuacja jest trochę taka, jak w przypadku kredytów we frankach, tylko na dużo większą skalę.

- Dokładnie w ten sposób to działa. Różnica jest taka, że w przypadku BitMarketu jego właściciele podjęli decyzję za użytkowników – „weźmiemy te wasze franki, sprzedamy za złotówki, gdy frank był po 2,5 zł, ale potem drodzy klienci nadal macie do spłaty franki, tyle że kurs jest po 3,9 zł”. Gdzieś tych franków musiało zabraknąć przy wymianie.

- Dysponowali nie swoimi pieniędzmi?

- Tak, tylko unikałbym jednoznacznego osądu pod kątem prawnym. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której skala tej dziury nie dała nikomu do myślenia. Wygląda na to, że robili wszystko, aby ratować własne bezpieczeństwo ciągnąc to jak najdłużej, za wszelką cenę. I to prawdopodobnie nakręcało całą spiralę, a dodatkowo kurs bitcoina ich dobił.

- Jeszcze jest jedna ciekawa i tajemnicza postać – Robert Bochenek – który w maju stał się właścicielem i prezesem Kvadratco.

- Jest to również zaskoczenie dla nas. Nigdy go wcześniej nie widziałem. Zadzwonił do mnie kilka dni temu. Nie mówił nic więcej, poza tym co napisał w oświadczeniu.

Natomiast nie wiedzieliśmy, że Marcin Aszkiełowicz sprzedał Kvadratco Bochenkowi, ani o tym, że nie jest już jego prezesem. W sumie nie mieliśmy powodu, aby wiedzieć, bo spółka ta nie była elementem naszych umów.

- W oświadczeniu mówił, że jest spekulantem i kupił spółkę, aby ją sprzedać z zyskiem.

- Ta wersja jakoś niespecjalnie mnie przekonuje. Pierwotnie można było odczytywać to jako chęć odsprzedaży komuś „gorącego kartofla”. Z drugiej strony odezwał się publicznie, okazuje się, że jest traderem. Twierdził, że kupił Kvadratco spekulacyjnie. Gdyby był słupem, to pewnie by tego nie robił. Być może nikt od niego nie będzie wyciągał żadnych konsekwencji. Natomiast poziom naiwności przy BitMarkecie wszystkich późniejszych właścicieli jest dość duży.

- Łącznie z IQ Partners?

- Częściowo pewnie i z nami. Natomiast my od strony biznesowej nie popełniliśmy błędu, zabezpieczyliśmy się poprzez mechanikę transakcji oraz odcięliśmy się od Kvadratco.

- Czy była szansa, żeby przeprowadzić tam miniaudyt?

- Co miałby konkretnie nam pokazać? Okej, czy są bitcoiny. Musielibyśmy sprawdzić czy Kvadratco ma dostęp do każdego z portfeli. Jest to technicznie trudne. Musielibyśmy zweryfikować salda na rachunku bankowym z wartościami, które są w systemie na dany moment, nie uwzględniając pieniędzy w drodze, nie uwzględniając środków, które są na dźwigniach. Trudne. I tak mieliśmy to zrobić za parę miesięcy, gdy przejęlibyśmy system – w sposób dający 100 proc. pewności sald, bo zlustrowaliby to sami użytkownicy a w ślad za weryfikacją musiałyby pójść fizycznie środki na kontrolowane już przez nas rachunki czy portfele. W dodatku sprawę zamknęła nam informacja o tym, że są problemy z księgowością i nie chcą pokazywać swoich rozliczeń jako udziałowców.

Mieliśmy racjonalne podstawy sądzić, że giełda jest zdrowa, patrząc po obrotach, stawkach prowizyjnych, jakie klienci wnosili. One nam się sumowały do kwot, o których przedstawiciele spółki z nami rozmawiali. Nie mieliśmy żadnego powodu twierdzić, że coś będzie nie tak. A robienie miniaudytu zajęłoby przynajmniej kilka tygodni i bez potwierdzeń od użytkowników – byłoby to niewiele warte.

- Czy gdybyście przeprowadzali taką samą transakcję z obcymi ludźmi, podeszlibyście inaczej do tematu?

- Znajomość nie miała na to żadnego wpływu, może poza tym, że z ludźmi, których się zna, łatwiej się rozmawia. Mechanizm byłby ten sam. Tak samo chcielibyśmy mieć pewność, że to, co przejmujemy, generuje zyski i uzależnili od zysków cenę, jaką mamy za to zapłacić. To leżało u podstaw transakcji. Po drugie, zależało nam na bezpieczeństwie, które oparliśmy na przeniesieniu kont do naszej spółki, a nie przejmowaniu spółki z historią. Nie przeceniałbym również naszych relacji pozabiznesowych – Marcina Aszkiełowicza poznałem dopiero podczas rozmów o BitMarkecie. Tobiasza Niemiro z kolei znałem od 2011 roku, ale była to relatywnie krótka relacja biznesowa z kilkuletnią przerwą. To w żadnym przypadku nie było tak, że umawialiśmy się prywatnie na piwo na plaży. Jeżeli chodzi o tematy bitmarketowe, spotkaliśmy się z kilkanaście razy przed transakcją.

To nie jest tak, że z kimś obcym mielibyśmy inne ustalenia. Z naszego punktu widzenia była to normalna umowa. A i tak przecież negocjacje trwały siedem miesięcy. Było dużo zwrotów akcji.

- Co aktualnie dzieje się w tej sprawie?

- Są cztery równoległe ścieżki. Dla nas kluczowe było to, żeby użytkownicy w pierwszym etapie poznali prawdę, dowiedzieli się, co się dzieje. W tym samym czasie rozpoczęliśmy rozmowy z giełdami kryptowalutowymi z myślą o tym, żeby w jakiś sposób użytkownicy, którzy stracili pieniądze w BitMarkecie, mieli jakieś szanse, aby przynajmniej część tych środków odzyskać. I tutaj dla nas inspiracją jest to, co zrobił kiedyś BitFinex, bardzo duża giełda. W 2016 roku skradziono 35 proc. sald klientów. Osoby odpowiedzialne za giełdę oznajmiły użytkownikom, że mogą wypłacić im 65 proc., a tamtych pieniędzy nie odzyskają lub też skradzione salda zamienić na tokeny – które można sprzedać lub płacić nimi prowizję. Właściciele BitFineksu powiedzieli, że postarają się odkupić te tokeny za kwotę, jaką stracili klienci. Oczywiście klienci mieli świadomość, że z dnia na dzień pieniędzy nie da się odzyskać. BitFinex w relatywnie krótkim czasie spłacił tych użytkowników, czyli odkupił tokeny, za taką kwotę, jaką pierwotnie miały wygenerowane straty.

Myśleliśmy, że może Kvadratco spróbuje tak zrobić, ale nie przy tej skali tragedii. Stąd był pomysł, aby podjąć rozmowy z większymi giełdami, które mogłyby taki wariant zaproponować użytkownikom BitMarketu. Dla kogoś, kto by się tego podjął, potencjalnym plusem byłoby to, że dostaje bazę użytkowników, jest rycerzem na białym koniu, który w jakiejś części pozwala użytkownikom na odzyskanie pieniędzy, a jednocześnie nie zamykałoby to kwestii ewentualnych dalszych roszczeń od BitMarketu. Koncepcja nie zakładała tego, żeby użytkownicy zrezygnowali z roszczeń w stosunku do zamkniętej giełdy, tylko żeby to działo się równolegle.

Problem polega na tym, że taki mechanizm wymaga zgody Kvadratco. Wiemy, że kopie bazy są zrobione przez administratora, który zajmował się BitMarketem, ale on nie wyda ich nikomu innemu, poza podmiotem, z którym ma umowę. Musiałby ktoś z Kvadratco wziąć na siebie odpowiedzialność i zakomunikować, że tak chce zrobić. Tu w grę zaczął wchodzić Robert Bochenek, który jest właścicielem. Bez niego nie da się tego zrobić. Po drugie, każdy dzień, w którym taki temat nie jest procedowany, zmniejsza istotnie zainteresowanie każdej z tych giełd. Z resztą np. BitBay (największa polska kryptogiełda) nam oficjalnie powiedział, że po tym jak zamknął się BitMarket, to oni mają dziennie trzy razy więcej rejestracji. Pomijając naturalnych użytkowników, którzy byli tu i tu, to myślę, że dzisiaj grupa klientów BitMarketu, których nie ma na BitBay jest stosunkowo niewielka. Gdyby BitBay miał podejmować się takiego działania, to myślę, że skutek biznesowy dla niego byłby tak mały, że trudno się na to byłoby decydować. I tego dotyczy problem.

BitMarket upadł w poniedziałek, a już w środę czy czwartek prowadziliśmy z trzema giełdami takie rozmowy. Mamy też dość skomplikowaną sytuację prawną – IQ Partners SA posiada estońską spółkę, której prezesem jest Marcin Aszkiełowicz. IQ Partners SA z Marcinem Aszkiełowiczem łączy umowa inwestycyjna, z której wynika, że nie możemy go odwołać z zarządu bez narażania się na kary umowne. Bez zgody prezesa Gyptrade nie można np. sprzedać domen związanych z Bitmarketem do innego podmiotu. Zatem Marcin Aszkiełowicz musiałby chcieć sprzedać czy oddać domeny – i choć to prawdopodobny scenariusz, na który Marcin Aszkiełowicz by się zgodził, to pozostała sprawa Kvadratco. A tu już takiej pewności nie ma. Dzisiaj oceniam szansę na realizację takiego scenariusza ratunkowego bardzo nisko. Jest on niemal nierealny.

- Czy macie jakieś inne pomysły?

- Niestety nie. Jeżeli by się pojawił jakikolwiek scenariusz, w którym byśmy mogli przybliżyć użytkowników do próby odzyskania pieniędzy, to się w to zaangażujemy. Od strony prawnej wiemy tyle, że decyzją prokuratury w Białymstoku sprawa została przeniesiona z Olsztyna do Suwałk. Tu prawdopodobnie zagrały kwestie powiązań Tobiasza ze światem prokuratorskim w Olsztynie. Trudno mi powiedzieć na jakim etapie jest ta sprawa. Wydaje mi się, że będzie bardzo trudno ją zakończyć. Wiemy, że środki na kontach i cold walletach są zabezpieczone. Wyjaśnienie sprawy w kwestii formalnej rodzi tysiąc problemów. Najpierw trzeba ustalić, czy nasza polska prokuratura powinna się tą sprawą zajmować. W grę wchodzą bowiem spółki z Anglii, Seszeli, Cypru czy Polski. Załóżmy jednak, że Suwałki nadal zajmują się tą sprawą. Prokuratorzy będą musieli ustalić co się stało z tymi bitcoinami, muszą mieć dostęp do dokumentów spółki Kvadratco, jako kluczowego podmiotu, i być może innych spółek. Będą musieli wystąpić do Wielkiej Brytanii o to, żeby wydane zostały dokumenty brytyjskiego podmiotu. W praktyce jest to sprawa na co najmniej miesiące. Zakładając, że dostaną te dokumenty, to kolejne miesiące albo lata miną na tym, aby w ogóle sprawdzić, co się wydarzyło na podstawie dokumentów lub zapisów w bazach danych. Nie wiemy nawet, co zeznały inne osoby. Zakładając nawet, że wszyscy współpracują z prokuraturą i dostarczają dokumenty natychmiast, to trzeba będzie ustalić jakim majątkiem dysponuje Kvadratco, po to żeby proporcjonalnie do wkładu, który miały wybrane osoby, z tego majątku się zaspokoić. A majątek należy do brytyjskiej spółki. Nie jestem tu optymistą przede wszystkim jeżeli chodzi o czas, ale także o zwrot środków. Oczywiście może tak być, że za chwilę bitcoin będzie kosztował złotówkę i temat rozwiąże się sam, ale póki co się na to nie zanosi.

To postępowanie cywilne, które wnoszą użytkownicy, nie zakończy się przed postępowaniem karnym. Poza tym Kvadratco nie byłoby stać na wyrównanie szkód użytkowników. W polskim prawie jest taki zapis, że ktoś musi wyrównać szkody. Można byłoby próbować przenieść odpowiedzialność na członków zarządu, ale mówimy o pieniądzach, których nikt nie będzie w stanie udźwignąć, na pewno nie w całości, więc słabo to widzę.

- Na jakim etapie śledztwa jest prokuratura?

- Prokuratura w Olsztynie po moim zawiadomieniu zareagowała bardzo szybko. Przesłuchali kilkaset osób. Udało się zablokować środki na kontach. W ciągu kilku dni zostały zabezpieczone bazy danych. Teraz przed prokuraturą w Suwałkach trudna analiza tego, co się znajduje w bazach.

- Co się dzieje z Marcinem Aszkiełowiczem?

- Odniosłem wrażenie, że Marcin w rozmowie ze mną przed upadkiem BitMarketu bardzo się otworzył i mówił szczerze, przeprosił za całe to zdarzenie, opowiedział mi całą historię, która się potwierdziła na etapie pierwszej dziury i włamania. Zobaczymy czy to, co mówił, potwierdzi się także jeżeli chodzi o upadek giełdy.

W dalszym ciągu mam z nim kontakt. Jego stanowisko nie zmieniło się od czasu przed upadkiem giełdy. Rozumie swoją rolę w tym, co się wydarzyło. Powiedział, że nie zrobił nic nieuczciwego i tak to interpretuje. Jeżeli chodzi o odpowiedzialność za decyzje biznesowe, to w części się do nich nie poczuwa. Jednakże wydaje mi się, że jest przygotowany na poniesienie konsekwencji, które los mu przyniesie. Natomiast nie komentuje bieżącej sytuacji na gorąco, bo nie może, gdyż złożył zeznania. Wiem, że Marcin złożył także zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa. Raczej nie sam na siebie. Pytanie na kogo? To jest wątek, który mnie trochę intryguje. Martwię się o niego czysto po ludzku, bo był w złym stanie.

- A jak Pan się czuje z całym tym zdarzeniem?

- Duży wpływ miała na mnie śmierć Tobiasza Niemiro. Dla jego rodziny, którą znam, była to ogromna tragedia. Brata Tobiasza – Kubę znam lepiej niż Tobiasza. Przez ostatnie lata trzy razy w tygodniu graliśmy w piłkę. Poznałem jego ojczyma i mamę. Znałem jego byłą żonę i poznałem syna. Miałem myśli, czy to co sobie zrobił Tobiasz, nie było w jakiejś części spowodowane całą sytuacją, w której my uczestniczyliśmy. Że w jakimś sensie jesteśmy odpowiedzialni, że się przyczyniliśmy do tego. Mamy skłonności do tego, że się obwiniamy. To jest chyba największe brzemię.

Drugi aspekt to poczucie, że człowiek trafił w wir zdarzeń, które go wciągają, nie do końca będąc odpowiedzialnym za stworzenie tego wiru. Staliśmy trochę z boku, ale jednak zostaliśmy wciągnięci. Głupotą czy naiwnością byłoby mówienie, że było to w jakiś sposób niesprawiedliwe. Zrobiliśmy ten deal z BitMarketem. Nikt nam pistoletu do głowy nie przystawiał. Ale mimo wszystko czujemy, że nasze szkody są niewspółmierne do działań.

Bardzo ciężko jest znieść presję osób, które straciły pieniądze i dla których, bez względu na to czy słusznie do nas kierują swoje żale czy nie, utrata środków to życiowy dramat.

- Ale radzi sobie Pan z presją?

- Wszyscy muszą sobie radzić z presją, nie możemy przecież rozłożyć rąk i nic nie robić. Wolałbym dzisiaj rozwijać Bitmarket niż zajmować się jego upadkiem, ale niestety los napisał inny scenariusz. Przyjmuję go z pokorą.

Radzę sobie. Teraz już jest ok, ale pierwszy tydzień po upadku BitMarketu był bardzo gorący. Działania po jednej i drugiej strony były nacechowane emocjami. Wkrótce wynikła sprawa z artykułem Tobiasza, do którego nie zdążyliśmy się odnieść, a następnie jego śmierć – te wydarzenia były ciężkie do zniesienia. Trzeba wyciągnąć naukę na przyszłość. Dla nas jest to szalenie trudny moment biznesowy, bo musimy zdecydować czy brniemy dalej w strategię blockchainową czy fintechową, czy może ją zmieniamy. Pytanie na ile rynek zaakceptuje nasze nowe produkty, nawet niesłusznie łącząc nas w negatywny sposób z wydarzeniami, które miały miejsce. Musimy znaleźć pomysł na siebie.

Komentarze (12)

Dodaj swój komentarz

  • Przemek S. 2019-08-26 11:37:57 212.191.*.*
    Pobłażanie złodziejom tak się kończy. Niezależnie czy ktoś jest politykiem czy biznesmenem, jeśli kradnie to powinien oddać x10 i to natychmiast. Każda osoba, która z tych środków korzystała podobnie.... zasłanianie się intercyzą czy innym mechanizmem w przypadku przestępstwa nie powinno mieć miejsca bo to przywłaszczenie lub paserstwo... A jak pozwalamy, aby jeden z drugim kradł to po czasie mamy takie szopki... Dura lex sed lex
    Odpowiedz Oceń: 0 0 Zgłoś treść
  • olo1 2019-08-22 07:54:55 81.190.*.*
    Naiwnych nie sieją,sami się rodzą,pieniądz w towarze a towar w d...e
    Odpowiedz Oceń: 0 0 Zgłoś treść
  • jaj 2019-08-21 17:40:08 188.146.*.*
    Wcale mi nie szkoda tych naiwnych f.......w !!!
    Odpowiedz Oceń: 2 0 Zgłoś treść
  • engineer 2019-08-21 10:47:17 95.160.*.*
    Kogo obchodza hazardziści? Może jeszcze należy im się pomoc od Państwa? Od 2011r prowadzę działalność zajmującą się projektowaniem i wykonywaniem w jednej z branż budowlanych, zatrudniam 36 osób, działamy na terenie Skandynawii, Niemiec, Francji i czasami w Polsce. To jest uczciwa i normalna praca.
    Odpowiedz Oceń: 12 7 Zgłoś treść
  • Zlotowka 2019-08-21 10:33:35 37.47.*.*
    Uwazajcie na maile z oferta aby cokolwiek gdzies kupic lub ulokowac!! Od razu do SPAMU
    Odpowiedz Oceń: 4 1 Zgłoś treść
  • hehe 2019-08-21 10:03:20 213.76.*.*
    ale gość kręci
    Odpowiedz Oceń: 6 3 Zgłoś treść
  • Ryszard Ochódzki 2019-08-21 09:46:49 83.6.*.*
    Szanse na odzyskanie środków przez inwestorów, moim zdaniem, są bliskie zeru. Najciekawszy jest chyba wątek gdzie (do kogo?) trafiły Bitcoiny (pomijając te, które zginęły we włamaniu).
    Odpowiedz Oceń: 4 0 Zgłoś treść