Bartoszyce. Zdzisiek i Ewka, czyli smutna opowieść małżeńska

Bartoszyce. Zdzisiek i Ewka, czyli smutna opowieść małżeńska
Zdjęcie ilustracyjne
Fot. Fotolia

Ewka Zdziśka poznała mając siedemnaście lat. Już po dwóch latach „chodzenia”, gdy skończyli bartoszyckie szkoły średnie, postanowili się pobrać. Dzisiaj są rozwodzącą się, skłóconą parą. Jak do tego doszło? To smutna opowieść dwojga bliskich sobie jeszcze niedawno osób.

Mówi Ewka: - Nie zważałam wtedy na argumenty swoich rodziców. Klamka zapadła, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy robię dobrze. Już jako oficjalną narzeczoną Zdzisiek zbił mnie do nieprzytomności, na oczach całej mojej rodziny, podczas uroczystości familijnej. Powodem skarcenia było to, iż będąc zmęczona pozwoliłam sobie na zbyt wczesne, jego zdaniem, położenie się spać. Mój ukochany zaraz na drugi dzień przepraszał mnie tak gorąco, że byłam wręcz oburzona na swoich rodziców, za ich negatywne opinie o moim kandydacie na męża. Po tygodniu od tego wydarzenia odbył się ślub. Wniesiona zostałam z wielką pompą do wspólnego mieszkania (prezent od moich rodziców), a jednocześnie musiałam się zwolnić z pracy w PKS, ponieważ pracujący także w tej firmie "pan i władca" doszedł do wniosku, że pracuje tam za dużo mężczyzn. Po tym rozpoczęło się wspólne "dolce vita". Mąż rozpoczął przede wszystkim od tego, że zabrał mi wszystkie pieniądze, tak że gdy na przykład chciałam sobie kupić jabłko to musiałam prosić go o parę dosłownie groszy. Na to jednak byłam przygotowana, widząc podobne zwyczaje u rodziców Zdziśka. Mąż nie zmienił postępowania nawet gdy wyrzucili go z pracy w PKS i znów musiałam podjąć pracę. Ale któregoś pięknego dnia po powrocie z pracy do domu stwierdziłam, iż mieszkam sama. Mój Zdzich zabrał nawet wiszące na ścianie drewniane łyżki, część talerzy... bezpiecznik elektryczny... Z grubszych rzeczy zginęło, uskładane wspólnie jeszcze przed ślubem prawie 4 tysiące złotych.

I dodaje: - Już po dwóch tygodniach przeżyłam powrót męża marnotrawnego. Zdzisio płakał, przepraszał, obiecywał poprawę. Co miałam robić, zgodziłam się na jego powrót. Sielanka trwała jednak krótko. Przy pierwszej nadarzającej się okazji, mąż, popiwszy sobie, rozpoczął awanturę z moim ojcem. Potem zaczął mi udowadniać, że to nie on, ale ojciec chciał go bić. W każdym razie, nie wiem jakim cudem, czyniłam wtedy wymówki ojcu. Ale niedługo... Już po dwóch dniach mąż bardzo się obraził, że prosiłam, by sobie zapakował, wcześniej przeze mnie zrobione kanapki do pracy. Ja głupia poleciałam za nim niosąc mu, już zapakowane te nieszczęsne kanapki. Ale było za późno. Mój "pan" się obraził i to tak, że w kilka dni potem przyjechał samochodem wraz z matką, by dokonać ostatecznej przeprowadzki. Po dwóch tygodniach dowiedziałam się, że w sądzie czeka pozew rozwodowy, w którym napisano między innymi, że nie mamy dzieci (zapomniał, że jestem w ciąży ), że jestem niezrównoważona psychicznie. Próbował mi udowodnić próby samobójstw i jeszcze parę głupstw, które zostały tak skutecznie obalone przez panią sędzinę, iż ta nie widziała potrzeby wyznaczania następnych terminów rozpraw. Oto jej słowa: "rozwodu nie udzielam, a właściwie to nie wiem o co panu chodzi w tym pozwie". I to właściwie byłby koniec historii mojego małżeństwa. Na razie moim jedynym celem jest dobre wychowanie synka Tomeczka (jego ojciec do tej pory jeszcze go nie widział, chociaż absolutnie nikt mu w tym nie przeszkadzał). Chciałabym też wyjść spokojnie na ulicę, bez narażania się na zaciekawione spojrzenia sąsiadów, chcących na własne oczy zobaczyć dziewczynę, która będąc już w ciąży wojażowała z różnymi panami po pod elbląskich zajazdach, co rozgłaszał po osiedlu mój mąż.

Mówi Zdzisiek: - Dwa lata znajomości wydawały się nam wystarczającym stażem, by zostać małżeństwem. Przedtem udaliśmy się na objazd rodzinki. Na tydzień przed ślubem doszło do spotkania z całą familią mej wybranki z okazji urodzin przyszłego teścia. Do tej pory, zawsze kochająca Ewunia, nagle przed rodzinnym audytorium, zaczęła mi wypominać różne małe i wielkie grzeszki. W końcu stwierdziła, że chyba jest jeszcze za młoda na ślub, następnie zaś wstała i wyszła, twierdząc, że czuje się całym przyjęciem zmęczona. Wyskoczyłem za nią jak oparzony. Nic nie mogąc pojąć, pytam: "Ewuniu, co z tobą, czyżbyś już nic do mnie nie czuła? A ona na to:  - Czyżbyś zabraniał mi mieć wątpliwości? Nie wytrzymałem i spoliczkowałem swą ukochaną. Ewa padła jakbym ją znokautował. I tak wyszedłem na brutala... A na drugi dzień to oczywiście ja byłem winien. Sam zresztą tak uważałem. Przepraszałem Ewę gorąco. Ona w swej łaskawości, zgodziła  się nawet przebaczyć. Za tydzień był ślub. Przeniosłem swą połowicę przez próg do naszego mieszkania -  postawili się teściowie na prezent, trzeba im to przyznać - i zaraz potem zaczęło się wspólne życie. Bodajże w trzy dni po weselu zażartowałem, że jestem zazdrosny o tych wszystkich mężczyzn, którzy mają okazję oglądać moją Ewunię w pekaesowskiej kasie. A ona na drugi dzień przyszła do domu i mówi, że nie mam już powodów do zazdrości, bo właśnie zwolniła się z pracy. No i okazało się, że mój dowcip obrócił się przeciwko mnie. A wydatki, jak w każdym młodym małżeństwie, rosły. Postanowiłem więc zmienić pracę. Głupstwo jednak człowiek palnął straszne. Odszedłem z PKS nim załatwiłem sobie coś następnego. To wystarczyło mojej Ewuni: "Wyrzucili cię ty ciamajdo" - wydzierała się na cała klatkę schodową. W końcu oświadczyła, że w takim wypadku, ona musi znów zacząć pracę. Mówiła to takim tonem, jakby oczekiwała próśb z mojej strony o zmianę zdania. O żebyś ty wiedziała Ewuniu, jak mi się ten pomysł spodobał. Znów dwie pensje - bo po paru dniach i ja podjąłem normalną robotę - tego nam właśnie w tym momencie było trzeba. Rozpoczął się dwutygodniowy okres wielkiego szczęścia, spowodowany chyba przede wszystkim tym, że pracując na zmiany, dosłownie mijaliśmy się w wejściu do mieszkania. Któregoś razu serdeczny kolega jeszcze ze szkoły podstawowej, z którym teraz pracowałem, mówi: - Ty wiesz, że twoją Ewkę widzieli na dancingu z jakimś facetem? Zamurowało mnie. Szedłem do domu jak otępiały. Po drodze spotkałem idącą już do pracy żonę. Potwierdziła bez żenady...  - A co mam sobie żałować życia. Jestem przecież młoda - zakończyła. Ja nic nie powiedziałem. Wszedłem do pustego mieszkania. Siadłem w kącie i ... ech łza się człowiekowi zakręciła. W końcu spakowałem swoje ciuchy, wziąłem książeczkę PKO, zabrałem chyba bezsensownie jeszcze jakieś drobiazgi i wyprowadziłem się do rodziców. Po paru dniach przycisnęła mnie mama: - Co ty sobie myślisz - mówiła. Ewa tylko płacze i płacze. A nawet chciała się otruć. Przeraziłem się że naprawdę może sobie coś ta moja Ewka zrobić. Poleciałem do niej, ledwo tylko mama skończyła swoją przemowę. Przepraszałem, że odszedłem. A ona łaskawie zgodziła się mnie przyjąć. Parę dni potem, przy okazji rodzinnego spotkania pretensje do mnie zaczął wygłaszać teść. Gdy próbowałem delikatnie zmienić temat, ojciec Ewy tak się oburzył, aż mnie uderzył. Skończyło się na małej kłótni, a Ewa, o dziwo stanęła po mojej stronie. Byłem szczęśliwy choć z tego. Do czasu... któregoś razu wstałem rano, by zdążyć do pracy. Ewy nawet nie budziłem. Zjadłem śniadanie i zacząłem sobie przygotowywać kanapki. Tymczasem wstała Ewa. Powiedziała: "Ty wynieś śmieci, a ja skończę te kanapki". Wracam, a ona do mnie: "wiesz, może byś sam skończył robić kanapki, bo ja musiałam myć naczynia". Tego było już za wiele. Popędziłem do pracy bez kanapek. Już w robocie rozmyślałem, że przecież nie ma sensu, by przez takie głupstwo rozlatywało się małżeństwo. Zadowolony z postanowienia już chciałem się wziąć za robotę, gdy ten sam kolega co poprzednio mówi. "Ty uważaj na tę swoją. Dwa dni temu znów ją widziano z jakimś typem w zajeździe". Tego było mi za wiele. Wróciłem do domu i przy pokpiwaniach Ewy, znów wyprowadziłem się. Napisałem też pozew rozwodowy. Ona nawet nie polemizowała z nim. Powiedziała tylko jedno: "wysoki sądzie, to jest potwór". Napisał pozew akurat wtedy, gdy dowiedział się, że jestem w ciąży". To był cios poniżej pasa. Nawet nie próbowałem się spierać. Zgodziłem się na zawieszenie sprawy. Na powtórne wprowadzenie do żony już jednak się nie zdecydowałem. Postanowiłem tylko odwiedzać dopiero co urodzonego Tomka. Pierwsze jednak odwiedziny nie wyszły, bo moja żona (jeszcze) stwierdziła, że dziecko jest chore i obcy - tak się wyraziła -  nie powinien przy nim przebywać. Potem wymyślała inne przeszkody. Starałem się w to wierzyć, któregoś jednak razu moja mama słyszała w osiedlowym sklepie, jak Ewa mówiła swojej koleżance: "wiesz, ten mój ananasik nawet na odwiedziny dziecka nie może się zdobyć".

Krzysztof Szczepanik

Komentarze (7)

Dodaj swój komentarz

  • strefa123 2020-05-31 20:11:41 91.196.*.*
    Człowiek bez człowieczenstwa,nie wiem jak to opisać, miałam z tym osibnikuem do czynienia,i nigdy już nie chcę takich wyrachowanych osobniikow znać
    Odpowiedz Oceń: 0 0 Zgłoś treść
  • Kudo 2020-05-31 13:47:18 188.147.*.*
    Babę trzeba krótko a jak zasluzy to i strzelić trzeba w końcu jest równouprawnienie
    Odpowiedz Oceń: 2 7 Zgłoś treść
  • Uuu 2020-05-31 13:45:12 188.147.*.*
    Kto kogo wyrżną w dupala ?
    Odpowiedz Oceń: 1 1 Zgłoś treść
  • Quantum 2020-05-31 12:03:43 83.31.*.*
    Bartoszyce to patologia, same przemytniki tanich Koziołków, nieroby
    Odpowiedz Oceń: 4 9 Zgłoś treść
  • sylwia-pajak@o2.pl 2020-05-30 22:12:08 83.9.*.*
    Prawda jak raz uderzy zrobi to drugi i następny raz
    Odpowiedz Oceń: 6 1 Zgłoś treść
  • niebijący ukochanej 2020-05-30 19:47:03 5.173.*.*
    Jeśli ukochany choć raz uderzy ukochaną, to powinno znaczyć jedno -KONIEC!!! Nie przyjmuj go choćby mnożył przeprosiny, choćby było kilka dni do wesela, bo TO WSZYSTKO się zacznie!
    Odpowiedz Oceń: 7 2 Zgłoś treść
Zamknij Elbląska Uczelnia Humanistyczno Ekonomiczna