Uduszony noworodek w Bartoszycach

Uduszony noworodek w Bartoszycach
Zdjęcie ilustracyjne
Fot. Shutterstock Inc.

Znów materiał sprzed lat. Ale jakże aktualny. Wydarzenie, poniżej opisane, miało miejsce w Bartoszycach, w latach osiemdziesiątych. Sam reportaż był ówcześnie opublikowany, na łamach olsztyńskiej popołudniówki, „Dziennik Pojezierza”. Gdyby nie śmierć małego człowieka, noworodka, można by rzecz całą nazwać banalną. I jakże typową! Jak się bowiem okazuje, mimo upływu lat, tego rodzaju wydarzeń nie  brakuje. Smutne…

Pewnej nocy, około godziny 24, lekarz dyżurny Pogotowia Ratunkowego w Bartoszycach, Wiesław B, usłyszał w słuchawce telefonicznej zdenerwowany glos: "Przyjeżdżaj pan natychmiast. Siedemnastoletnia córka ma jakieś straszne bóle kręgosłupa".

Już na miejscu zdarzenia, w mieszkaniu rodziny K., Wiesław B. orzekł, iż dziewczyna zaczyna rodzić. Beata K. zarzekała się jednak, że w ciąży nie jest. Zgrubienie brzucha, jak udowadniała, pochodzi od tajemniczego guza, którego leczeniem zajmuje się specjalista z Olsztyna. Lekarz, choć laryngolog, a nie ginekolog, nie mógł uwierzył w tę wersję. W końcu, gdy do twierdzeń córki dołączyła matka, Wiesław B. ustąpił. Dla spokoju sumienia podsunął jednak kobietom dokument, stwierdzający, że biorą na siebie całą odpowiedzialność za dalszy przebieg wydarzeń. Podpisała matka... Ojciec stał z boku i w ogóle nie zabierał głosu. O godz. 4.30 do pogotowia zadzwoniła, tym razem matka Beaty, Krystyna. Zawiadomiła Wiesława B., że jej córka dostała krwotoku. Po przyjeździe na miejsce lekarz stwierdził niedawno normalnie odbyty poród. Matka z córką zapierały się, iż to nie prawda. Wiesław B. zaprzestał więc bezowocnych dyskusji i zabrał się za ratowanie dziewczyny. Krwotok nie ustawał... Konieczna była pomoc szpitala. Udzieliła jej doktor Irena A.

- Ledwo zatamowałam krwotok, "rodzić" się zaczęła reszta łożyska. Jednak dziewczyna nadal twierdziła, że nie było żadnego porodu. Gdy wzięłam ją mocniej w obroty, przyznała wreszcie, iż urodziła, ale nie wie gdzie jest w tej chwili dziecko.

- Jak to nie wiesz? - A gdzie rodziłaś?!

- W łazience... Wstałam akurat z muszli, gdy nagle wypadło dziecko... - odpowiedziała beznamiętnie pacjentka.

- Gdzie jest więc noworodek? - ponowiłam pytanie.

- No... oddałam go siostrze, a ta zawinęła malucha w ręcznik i... położyła pod wannę.

W trakcie rozmowy, jak twierdzi doktor A., Beata K. zachowywała całkowity spokój. Wczesnym rankiem, poinformowana o zdarzeniu milicja, przybyła do mieszkania K., by dowiedzieć się czegoś dokładniejszego. Umundurowanych funkcjonariuszy przyjęła matka Beaty. Początkowo „nie wiedziała” nic o porodzie.

- Co, jaki poród? Córka miała tylko krwotok... To chyba związane było z tym guzem jaki wykrył u niej trzy tygodnie temu lekarz. O  tu jest wizytówka tego lekarza, jeśli panowie nie wierzycie.

Jeden z funkcjonariuszy, już później, powiedział, że gdyby nie znali faktów, mogliby się nabrać na przekonywujące zapewnienia kobiety. Ponieważ jednak tak nie było, rychło wyciągnięto spod wanny, w łazience, zwłoki noworodka płci męskiej. Krystyna K. zaczęła na przemian czerwienić się i blednąć, a w końcu wykrztusiła:

- Ja o niczym... nic nie wiedziałam.

Ojciec dorzucił jeszcze:

- A tak ją ostrzegałem...

Następnie zapadła cisza, którą przerwał dopiero trzask drzwi zamykanych przez wychodzących milicjantów. Taka sama cisza zaległa, gdy zapytałem o uczennicę Beatę K. - dyrektora "zawodówki", do której uczęszczała młoda położnica.

- No cóż - powiedział po dłuższym namyśle. - Trudno, byśmy upilnowali każdą dziewczynę. Wszak uczy się ich u nas ponad trzysta. Tym bardziej nie mogliśmy mieć wpływu na to, co się stało potem. Inna sprawa, że Barbara nigdy nie sprawiała żadnych kłopotów wychowawczych. Nieźle się uczyła, aktywnie działała w harcerstwie... A o ciąży nie wiedzieliśmy do samego końca. Dziewczyna była zawsze tęga i wysoka, tak że nawet na wf  wykonywała wszystkie ćwiczenia.

Niewiele więcej miała do powiedzenia wychowawczyni dziewczyny:

- Nauczyciele i uczennice są zbulwersowani, ale czy mogliśmy spodziewać się takiego finału. Tu co rok dwie, trzy pannice wydają na świat potomka... i jakoś to idzie dalej. To znaczy dzieci się chowają, a ich matki z reguły, przy pomocy całego grona nauczycielskiego, kończą szkołę.

Dom, w którym mieszka rodzina K. jest typowym „nowym blokiem”. Sześć klatek schodowych, kilkadziesiąt rodzin, wszystko to na pewno nie sprzyja rozwojowi więzi sąsiedzkich. Może dlatego ludzie tu mieszkający o tragedii wiedzą tyle samo, co i pozostali obywatele miasta. Nikt nie wiedział o ciąży Beaty K. nikt też (nawet ci mieszkający przez ścianę) nie słyszeli żadnych  odgłosów związanych z porodem. Niektórzy co najwyżej wspominają jak to Krystyna K. pokazywała na klatce schodowej kilku kobietom bilety autobusowe do Olsztyna, gdzie jej córka miała rozpocząć leczenie guza, umieszczonego w jamie brzusznej. Wśród tej ogólnej niewiedzy tylko jedna osoba zamieszkująca w tym domu jest dużo lepiej zorientowana. To najbliższa przyjaciółka Beaty, Ela S.:

- Tego, że jest w ciąży, Beatka domyślała się już w półtora miesiąca po tym jak "to się stało"(na szkolnym biwaku, nad jeziorem). Próbowała skontaktować się ze sprawcą nieszczęścia. Niestety, chłopak poznany przypadkowo na tymże biwaku, trafił akurat do więzienia, za okradanie własnej rodziny. Machnęła więc Beata na wszystko ręką, mając nadzieję, że jakoś to będzie. Marzyła, że któregoś razu obudzi się już bez swojego kłopotu. Albo też żartowała, że dziecko zabije, a ja jej pomogę w zatarciu śladów. Ale, proszę pana to były żarty... Nie wiem dlaczego milicjant na przesłuchaniu akurat do tego najbardziej się przyczepił.

Po paru miesiącach od feralnego biwaku, przyjaciółki poszły do ginekologa. Niestety przyszły, gdy gabinet już był zamykany. Lekarz poprosił by pojawiły się następnego dnia. Potem jednak zabrakło odwagi... Na miesiąc przed porodem Beata oświadczyła przyjaciółce, że była u lekarza i tam dowiedziała się o „poza ciążowej”  przyczynie powiększającego się brzucha. Od tego czasu, wedle słów Elżbiety S., temat ciąży zniknął z rozmów koleżanek. Dlatego też, jak twierdziła Elżbieta, wielkim dla niej zaskoczeniem był sam poród, a także z nim związane zdarzenia.

- Tego samego dnia, po południu przyszła do mnie siostra Beci, Dominika. Po jakieś stare zeszyty. Była bardzo smutna. Gdy zapytałam ją jak to było z Beatą, wybuchła płaczem. Zarzekała się że nic nie słyszała. A za chwilę oświadczyła: "nie spałam całą noc". Dorota oświadczyła mi także, iż odwiedzała w szpitalu siostrę. Ta miała się zachowywać absolutnie swobodnie. Nawet rzuciła, wedle Dominiki, krótką prośbę: „przynieś mi coś do czytania, bo nuda straszna.”  

Zapytany o Beatę K. lekarz, którego wizytówkę pokazywała funkcjonariuszom Krystyna K. powiedział:

- "Ta pani była u mnie, ale dałem jej tylko skierowanie na dokładne badania. Drugi raz już się nie pokazała".

Lekarz, który na polecenie prokuratury dokonał sekcji zwłok noworodka, stwierdził między innymi: "Ciąża była donoszona. Dziecko urodziło się żywe, ale zmarło na skutek uduszenia, już po kilku minutach. Pępowina nosi ślady obcięcia jakimś niezbyt ostrym narzędziem. Ponadto żadnych obrażeń wewnętrznych, ani też zewnętrznych nie stwierdzam".

* * *

Imiona i nazwiska bohaterów reportażu zostały zmienione.

Krzysztof Szczepanik

Komentarze (0)

Dodaj swój komentarz