Liczba urodzeń spada szybciej niż zakładano
W 2023 roku GUS sporządził "Prognozę ludności na lata 2023–2060". Eksperci przewidywali wtedy spadek ludności kraju do 30,4 mln osób (26,7 mln osób zgodnie z niskim scenariuszem oraz do 34,8 mln – z wysokim). Zapowiadano również postępujące się starzenie ludności i spadek wskaźnika osób w wieku produkcyjnym.
W listopadzie 2025 roku opublikowano kolejne, eksperymentalne opracowanie, które brało pod uwagę m.in. niższą dzietność niż zakładano. W 2024 roku współczynnik ten wyniósł 1,10. Rok wcześniej znalazł się na poziomie 1,16. Z kolei długość życia Polaków się wydłużyła. Z danych GUS wynika, że w 2024 roku przeciętne trwanie życia mężczyzn wyniosło ok. 75 lat, a kobiet ok. 82 lata. Oznacza to więc, że liczba osób w wieku produkcyjnym będzie się zmniejszała, a w wieku poprodukcyjnym – rosła.
Przypomnijmy, że aktualnie populacja Polski wynosi ok. 37,8 mln osób. Statystyki wskazują, że liczba ta corocznie maleje już od lat 60. XX wieku, chociaż ujemne wyniki zaczęły się pojawiać w okolicach początku XXI wieku.
"Prognoza ludności na lata 2023–2060" w tzw. niskim scenariuszu zakładała, że w 2031 roku w Polsce urodzi się 236,8 tys. dzieci. Jak się okazało, podobna liczba urodzeń padła już w 2025 roku, w którym na świat przyszło 238,7 tys. noworodków.
Jeszcze w latach 80. XX wieku współczynnik dzietności wynosił 2,28, a dekadę później – 1,99. W polskich domach dominowała wielodzietność, a na jedną kobietę przypadało 2 lub więcej dzieci. W kolejnych dekadach przeważali jedynacy.
Kryzys demograficzny nie dotyczy tylko Polski
Nie jest to wyłącznie sytuacja w Polsce. W całej Europie sytuacja wygląda podobnie. Dyskusję na temat dzietności wywołał m.in. Elon Musk, który w ramach swojej platformy X podał dalej statystyki. Jak możemy się dowiedzieć z grafiki, dzietność spada także m.in. w Niemczech, Francji czy Hiszpanii.
- Potrzebny jest natychmiastowy wzrost wskaźnika urodzeń
– apelował Musk.
To nie pierwsza sytuacja, w której miliarder "zachęcał" kobiety do macierzyństwa. W lipcu 2024 roku piosenkarka, Taylor Swift poparła publicznie kandydaturę demokratki, Kamali Harris w wyborach prezydenckich w USA. Podpisała swoją deklarację poparcia jako "bezdzietna kociara". Elon Musk pozwolił sobie wtedy na komentarz, proponując Swift, że osobiście założy z nią rodzinę.
Politycy szukają recepty: in vitro, bony, głosowanie w wyborach za dzieci
Temat dzietności oraz ujemnego przyrostu naturalnego był popularny także podczas minionych wyborów prezydenckich w Polsce.
Pomysł na zachęcenie Polek do rodzenia dzieci miał m.in. niezależny kandydat na prezydenta, Artur Bartoszewicz, który proponował bony "piękna matka" oraz "silny ojciec" w wysokości 700 zł, np. na zakupy/usługi beauty, stomatologiczne, medyczne, fizjoterapeutyczne, optyczne, sportowe i spa dla każdej matki. Z kolei "silny ojciec" obejmowałoby: zakupy/usługi sportowe, wędkarskie, myśliwskie, medyczne, fizjoterapeutyczne, optyczne lub szkolenia zawodowe. Liczba bonów zależałaby od liczby dzieci pozostających na utrzymaniu. Zdaniem Bartoszewicza, miałoby to "rozruszać" gospodarkę, a w ciągu 15 lat – gospodarka miałaby podwoić dzięki temu PKB – a także zapewnić spełnienie potrzeb matki, aby zachęcić ją do rodzenia dzieci.
Kandydat z ramienia Koalicji Obywatelskiej zapowiadał z kolei program dofinansowania in-vitro. To również miałoby wpłynąć na polepszenie sytuacji demograficznej. Z przeprowadzonego w 2024 roku Narodowego Testu Płodności wynika, że co 5. Polak miał problemy z niepłodnością. Innym aspektem, który miałby zapewnić kobietom komfort, była liberalizacja prawa aborcyjnego.
Badanie CBOS z 2022 roku pt. „Postawy prokreacyjne kobiet” wskazało, że 68% kobiet w wieku 18-45 lat nie planuje dzieci, a zamierza je mieć jedynie 32%. Co ciekawe, zaostrzenie prawa aborcyjnego w Polsce z 2020 roku, również wpłynęło na plany prokreacji. Według sondażu przeprowadzonego przez "Gazetę Prawną" w 2022 roku, aż 67% badanych kobiet odpowiedziała, że wyrok Trybunału Konstytucyjnego przełożył się na mniejsze chęci rodzenia dzieci. Podobnie odpowiedziało 35% męskich respondentów. Wynika z tego, że Polki obawiają się o swoje zdrowie, jeśli ciąża lub poród nie przebiegnie pomyślnie.
***
WIĘCEJ: Kto będzie pracował w Polsce? Prognozowane są 23 mln emerytów i 12 mln pracujących
***
Nie zgadzał się z tym kandydat Konfederacji, Sławomir Mentzen, który podczas jednej z debat prezydenckich stwierdził, że decyzje kobiet w tym obszarze nie są podyktowane sytuacją ekonomiczną czy zdrowotną. Mentzen uważa, że odpowiedzialna za to jest propaganda w mediach, która przedstawia rodziny wielodzietne jako "patologiczne".

Przypomnijmy, że jednym z planów na poprawę dzietności w Polsce było wprowadzenie przez rząd w 2016 roku świadczeń "500+", a od 2024 – "800+". To faktycznie chwilowo poprawiło sytuację - w 2017 roku wskaźnik dzietności wzrósł z 1,39 do 1,48, a kobiety decydowały się częściej na 2. i 3. dziecko, ale liczba pierwszych potomków nadal spadała. Długofalowo nie miało to wpływu na sytuację demograficzną.
Na politykach spoczywa aktualnie duża odpowiedzialność. Potrzebna jest spójna strategia, która zacznie dawać efekty. Eksperci eksperci od demografii, Bartosz Marczuk i Michał Kot wydali w 2025 roku książkę pt. „Jak uniknąć demograficznej katastrofy”. Ich zdaniem, w mediach, sferze publicznej oraz edukacji rodzina powinna być afirmowana. Podobnie twierdził Sławomir Mantezen.
Autorzy proponowali m.in. bon mieszkaniowy. Pieniądze miałyby być przekazywane rodzicom po urodzeniu dziecka. Przy pierwszym potomku – ok. 40 tys. zł, przy drugim – 60 tys., a przy trzecim i następnych – 100 tys. Jak twierdzą, wpłynęłoby to na rozwój Polski lokalnej, co również zachęcałoby ludzi do zakładania rodzin. Ich zdaniem, kolejnym elementem byłby rozwój Centralnego Portu Komunikacyjnego – miałoby to zrównoważyć rozwój w całym kraju. Z CPK związane są m.in. nowe miejsca pracy.
Kontrowersyjną propozycją autorów „Jak uniknąć demograficznej katastrofy” jest możliwość oddawania głosu za swoje dzieci przez rodziców w wyborach. Matka i ojciec mieliby oddać po pół głosu za każde dziecko.
- Chcielibyśmy w ten sposób w starzejącym się społeczeństwie trochę zrównoważyć głos wyborczy młodych ludzi, bo w najbliższych dekadach będziemy mieli coraz więcej osób w wieku emerytalnym czy przedemerytalnym, a coraz mniej rodzin z dziećmi – tłumaczył Michał Kot na łamach "Gościa Niedzielnego".
I dodał: - To by spowodowało, że partie polityczne, widząc pewien popyt na propozycje prorodzinne, takie programy by przedstawiały i wdrażały. Także w sferze symbolicznej byłoby to pokazanie, że państwo ceni pracę rodziców wychowujących dzieci, bo to praca na rzecz społeczeństwa.
Podobnego zdania była Elżbieta Rafalska, ministra rodziny, pracy i polityki społecznej w latach 2015–2019 (rząd Beaty Szydło, a potem Mateusza Morawieckiego). Autorem pomysłu "głosowania rodzinnego" był m.in. ówczesny wicepremier, Jarosław Gowin.
- Taka propozycja wymagałaby zmian w konstytucji. Uważam, że to jest jakiś głos w dyskusji, który pokazuje, że rodzina robi się coraz mocniejsza – mówiła Rafalska podczas jednej z konferencji prasowych.
Jej zdaniem, to zachęcałoby partie do prowadzenia polityki prorodzinnej. W Polsce wymagałoby to zmian w konstytucji, ponieważ art. 62 mówi o możliwości oddania głosu w wyborach czy referendach tylko osobom, które ukończyły 18 rok życia.

Kolejnym pomysłem Marczuka oraz Kota jest propozycja, aby pieniądze publiczne przekazywane np. przez Państwowy Instytut Sztuki Filmowej, były przeznaczane na filmy pokazujące rodzinę w pozytywnym świetle, a nawet promocję rodzicielstwa.
Ważną kwestią w kontekście dzietności, emerytur, rynku pracy czy populacji jest rozsądna polityka migracyjna. Autorzy książki proponują, aby zacząć od zachęcania polskich imigrantów do powrotu do kraju. Do tego, dzieci małżeństw, w którym jedno z rodziców jest cudzoziemcem, miałoby otrzymywać stypendium na studiowanie w Polsce.
- To mogłaby być repatriacja 2.0. Na świecie mamy łącznie ok. 20 mln osób w jakiś sposób związanych z Polską. Ok. 10 mln Polaków jest w USA, a ok. 3 mln w Brazylii, są też istotne grupy naszych rodaków w takich krajach jak np. RPA. Gdyby polskie placówki dyplomatyczne pomogły im osiedlić się w Polsce czy nawet przenieść tu część biznesów, które tam prowadzą, to być może część z nich by się zdecydowała – zauważył Michał Kot.
Z racji bliskości kulturowej, Polsce powinno zależyć na imigrantach z Ukrainy czy Białorusi. Jak wynika z raportu Banku Gospodarstwa Krajowego z 2024 roku, wpływy do budżetu państwa od emigrantów z Ukrainy wyniosły 15,2 mld zł, natomiast wartość wypłaconych świadczeń z tytułu "Rodzina 800+" na dzieci uchodźców wojennych - 2,8 mld zł.
Jak mówią eksperci, w przypadku, gdyby "repatrianci" nie wypełnili luki, wtedy należałoby rozszerzyć politykę migracyjną.
- Mamy dobre doświadczenia z Wietnamczykami czy z Filipińczykami. Przyjmowanie ich powinno jednak być dopiero drugim wyborem, i to wyborem bardzo celowanym. Tam, gdzie mamy realne braki na rynku pracy, powinniśmy zapraszać osoby, które te luki wypełnią, ale na zasadzie kontraktu. Po zakończeniu tej pracy powinni oni wracać do kraju pochodzenia – tłumaczył autor książki.
Brak realistycznej polityki migracyjnej jest ogromnym mankamentem strategii demograficznej, która zakłada określenie wszystkich trzech zasadniczych elementów: zmiany liczby ludności (płodności), wydłużającego się trwania życia ludzkiego i migracji zagranicznych.
Jak podał Główny Urząd Statystyczny, pod koniec lipca 2024 roku w Polsce cudzoziemcy stanowili 6,8% ogółu pracujących i pochodzili ze 150 państw.
Trendy w polityce (nie tylko na polskiej scenie) zdają się natomiast wskazywać na niechęć w stosunku do imigrantów, nawet, jeśli zasilają gospodarkę.
Potrzebna jest spójna strategia
Chociaż postacie takie jak Elon Musk czy inni politycy zachęcają do rodzicelstwa, apele oraz kampanie prorodzinne nie wystarczą. Na dzietność wpływa wiele obszarów, m.in. rynek mieszkaniowy, rynek pracy czy wykluczenie komunikacyjne. Młodzi dorośli szukają stabilizacji życiowej, zanim zdecydują się na rodzicielstwo.
Szacuje się, że ponad 2,4 mln osób pracuje w oparciu o tzw. "umowy śmieciowe". Do tego, ok. 35-40% Polaków nie posiada zdolności kredytowej na zakup własnego mieszkania. Aż 1/3 społeczeństwa znajduje się w tzw. luce czynszowej (ma zbyt wysokie dochody na lokal komunalny, a za niskie na kredyt). Ok. 80% najemców nie ma możliwości finansowych na zakup nieruchomości.
Warto wspomnieć także o rosnącym bezrobociu. Jak podało Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w styczniu 2026 roku stopa bezrobocia rejestrowanego w Polsce wyniosła 6%. Wzrosła o 0,3% od grudnia ubiegłego roku.
Z kolei w województwie warmińsko-mazurskim stopa bezrobocia w styczniu 2026 roku znalazła się na poziomie 9,9%, zajmując niechlubne 1. miejsce pod tym względem na tle kraju.
W obliczu tych problemów, jak i obecnej sytuacji geopolitycznej, decyzja o bezdzietności, nie dziwi. Prognozy nie napawają optymizmem.











Komentarze (1)
Dodaj swój komentarz