„Erotyczne immunitety” to podtytuł wydanego w 1992 roku „Pamiętnika Anastazji P.” autorstwa Marzeny Domaros. Ta „dziewczyna z ludu”, urodzona i wychowana w maleńkim Zblewie na Pomorzu, opisała w niej, jak zdołała omotać posłów pierwszego Sejmu III RP i zatrząść podstawami kruchego jeszcze wówczas polskiego parlamentaryzmu. Trudno refleksję nad premierą sztuki Jolanty Janiczak pod tym samym tytułem zacząć inaczej niż od słów Winstona Churchilla, który po wygraniu II wojny światowej przegrał wybory i zauważył, że „demokracja to najgorsza forma rządów — poza wszystkimi innymi”. Gdyby mógł zajrzeć do początków III RP, pewnie dodałby przypis o posłach, którzy tak zachłysnęli się świeżo zdobytą wolnością, że pomylili ją z prawem do wszystkiego.
W tym kontekście wybrzmiewa historia Anastazji hr. Potockiej, dziedziczki majątku w Walewicach, która w początkach pookrągłostołowej transformacji ustrojowej zjawiła się w Warszawie jak „deus ex machina”, podając się za korespondentkę „Le Figaro”, czasem mylonego zresztą przez nią z „Le Monde”. Nie znała dobrze francuskiego, ale nikt tego nie zauważył — wszyscy chcieli ogrzać się w blasku rzekomej arystokratki. Do uzyskania akredytacji sejmowej wystarczył jej sfałszowany domowym sposobem dowód osobisty, poprawiony żyletką i długopisem, w którym zapomniała nawet zmienić numer PESEL. Domaros podsumowała to w swojej książce dosadnie: „Nie było ważne, czy jestem mądra czy głupia, ładna czy brzydka, najistotniejsze było, że każdy cham może sobie posiedzieć z hrabiną”.

Przed mikrofonem autorka sztuki, Jolanta Janiczak
Nie mając wykształcenia ani żadnego tak naprawdę obycia w świecie, czym mogła prosta dziewczyna z prowincji zawojować Sejm? Seks, choć oficjalnie marginalizowany, w rzeczywistości kieruje ludzkimi decyzjami z siłą, której nie sposób przecenić. I jako metoda dotarcia do szczytów władzy jest umiejętnie stosowany przez agencje szpiegowskie od początku świata. I byłaż owa fałszywa hrabianka jedynie sprytną dziewczyną z prowincji, czy też doskonale przygotowaną i umiejętnie prowadzoną agentką obcego wywiadu, która przeniknęła do serca najwyższej władzy ustawodawczej w odradzającej się po raz kolejny Polsce? Mógłby na to wskazywać fakt, że od paru lat zaginęła bez śladu. Ale tego — jeśli w ogóle — dowiedzą się nasze prawnuki, kiedy archiwa zostaną odtajnione. Reżyser „Immunitetów” Wiktor Rubin nie odpowiada na to pytanie. Zamiast tego pokazuje, jak łatwo władza daje się prowadzić — dosłownie i metaforycznie. Jak zauważa w rozmowie z e-teatr.pl: „Nad czujnością biorą górę dwa narodowe kompleksy: wobec Zachodu oraz wobec arystokracji. Jeden i drugi świetnie wykorzystuje nasza bohaterka”.
Spektakl miesza dokument z groteską, farsę z rekonstrukcją historyczną. Scenografia świetnie oddaje sejmowe wnętrza, a jednocześnie inscenizacja pokazuje posłów jako chłopców w krótkich majteczkach bawiących się w politykę. Lata 1989–92 to czas ogromnych napięć: strajki, niepewność, zmieniające się rządy i Balcerowiczowy plan zduszenia inflacji. Parlament był pracowity, choć pozbawiony kontroli — nie było telefonów komórkowych, monitoringu ani mediów społecznościowych. Dlatego afera Anastazji P. mogła mieć tak spektakularny wymiar.

Widzów witał napis na kurtynie
Janiczak buduje opowieść na przecięciu faktu i fantazji, mitu i raportu. A nam pozostaje refleksja nad mechanizmami władzy, kiedy nie wiadomo kto może prowadzić posła na smyczy, a ściślej rzecz biorąc: na sznurku przywiązanym do fiuta. Proszę wybaczyć tę dosadność ocierającą się o wulgaryzm, to dosłowny cytat ze spektaklu, w którym taki obrazek widzimy na filmie wyświetlanym w tle sceny. Rubin, nota bene absolwent socjologii na UJ, poszedł bowiem na przysłowiową „całość”. Główna bohaterka, odtwarzana przez Milenę Gauer, właściwie przez cały czas występuje w naturalnym „kostiumie”, którym obdarzyła ją natura. Jak wyjaśniła mi po premierze, to po prostu część jej pracy w której ciało jest narzędziem i nie czuje w związku z tym specjalnego skrępowania.

Przed mikrofonem Milena Gauer
Czy można było inaczej opowiedzieć tę przesyconą seksem historię z najnowszych dziejów Polski? Dyskusja na ten temat zdominowała popremierowy bankiet w foyer, na który zaproszeni byli wszyscy widzowie. Konrad Lenkiewicz, niegdyś szef Komisji Kultury Rady Miasta Olsztyna, powiedział mi wtedy: — Dla mnie teatr to świątynia sztuki. Miałem okazję oglądać spektakle Świnarskiego, Jarockiego, Wajdy, Dejmka — to był poziom, który ukształtował moje oczekiwania wobec sceny. Natomiast to, co zobaczyłem dzisiaj, bardziej nadawało się na performance, happening. Epatowanie nagością, seksem… chwilami trudno było zrozumieć, po co to wszystko. Rubin broni się: — Nagość jest jedną z form prezentacji sztuki. Nie ma tu pobudzenia erotycznego, jak w pornografii, jest tylko refleksja estetyczna.
Marek Agaciak, szef jednego z olsztyńskich klubów, który w latach 90. mieszkał w Warszawie i znał niektórych bohaterów afery Anastazji P., dodaje: — Pamiętam, że takie rzeczy się działy i takie pogłoski chodziły wtedy po mieście. Cała sytuacja została oddana bardzo dobrze. I bardzo podobała mi się gra aktorów.
Panie Aneta i Beata, które przyjechały na premierę z Konina (woj. wielkopolskie), zauważają: — My też nie wiemy, jak byśmy się tam odnaleźli. Oto zwykli ludzie nagle stali się „parlamentarzystami”, „innym sortem”, uwierzyli, że są wyjątkowi. Być może nadawanie takich uprawnień posłom, tych osławionych „immunitetów”, jest jednak przesadą? Bo człowiek jest tylko człowiekiem — i to system powinien go trzymać w ryzach.

Pani Aneta z Konina
Teatr Jaracza promuje spektakl jako „komedię obyczajową z rysem satyrycznym”. Owszem, śmiejemy się. Kiedy jednak przyjrzymy się opisanym tu mechanizmom władzy, czy nie bliżej nam w gruncie rzeczy do horroru.

Wszyscy twórcy spektaklu, na I planie dyrektor, Paweł Dobrowolski i jego zastępca, Andrzej Fabisiak

Tańce na bankiecie popremierowym










Komentarze (0)
Dodaj swój komentarz