Z głową pełną marzeń i plecakiem przemierzył Amerykę Południową

Z głową pełną marzeń i plecakiem przemierzył Amerykę Południową
Fot. Damian Wolf Wagabunda (wszystkie)

Od zawsze szukał czegoś więcej. Pewnego dnia spakował plecak, wsiadł w samolot i wyruszył... do Ameryki Południowej, gdzie wędrował licząc jedynie na ludzką dobroć i gościnność. Mowa o mieszkańcu Korsz w warmińsko-mazurskim, którego niebanalna przygoda inspiruje. Poznajcie Damiana Wolfa Wagabundę.

Damian - bo takie imię otrzymałem na chrzcie, Wolf - bo zwykle samotnie kroczę przez życie i Wagabunda - bo uwielbiam się włóczyć - tak mówi o sobie Korszanin, który ma za sobą 6-miesięczne, samotne przemierzanie Ameryki Południowej z plecakiem i głową pełna marzeń. Plan, jak mówi, był jeden – żadnych planów!

Twoja historia jest niesamowita, inspirująca. Skąd pomysł na taką przygodę. Dlaczego akurat Ameryka Południowa?

- Jestem Marzycielem (śmiech). Pomysł tkwił chyba zawsze we mnie. Po prostu przychodzi czas, kiedy wychodzi z serca akurat to konkretne pragnienie na zrobienie czegoś w danym momencie życia. Już dłuższy czas marzyłem o jakimś dłuższym wyjeździe, aż w końcu 1 stycznia 2011 postanowiłem, że po wakacjach zrobię to. Impulsem był też film „Into the wild” („Wszystko za życie). Za początek obrałem sobie piękną datę: 11.11.11 - łatwiej zapamiętać (śmiech) 
Najpierw myślałem, że na początek mojej eksploracji świata najlepiej wybrać Europę. Wziąć plecak i przemierzyć ją wzdłuż i wszerz. Zawsze to dość blisko do domu w razie jakby coś się stało, ta sama kultura itd. Rozmawiałem też z przyjaciółmi i znajomymi, którzy odwiedzili różne zakątki globu. Rozmyślałem nad Azją, Afryką... Aż w końcu mój serdeczny przyjaciel, Mario, powiedział, że jak już coś robić to na całego i że zakocham się w Ameryce Południowej, a Europę mogę zwiedzić weekendami, później. Pomyślałem, że ma rację, że Ameryka Południowa będzie prawdziwym wyzwaniem - bardzo daleko od domu, z całkiem inną kulturą - będę miał okazję sprawdzić się w całkiem obcym miejscu.
Potem zakupiłem bilet. Jednak nie byłem pewny, że to zrobię, póki nie wysiądę na miejscu, w Ameryce Południowej. Zawsze mimo najszczerszych pragnień może coś pójść nie tak - dlatego czekałem tego 11.11.11 - wtedy to po raz  pierwszy stanąłem na innym kontynencie i zaczęło się.

Co na Twój wyjazd Twoja rodzina, bliscy, pracodawca?

- Rodzina oczywiście zaczęła się martwić. Przede wszystkim Mama. Ale jak to mówię, taki los mam - martwić się o swoje dzieci. Dałem Mamie sporo czasu, aby się oswoiła z tą myślą. Specjalnie dla Niej wziąłem ze sobą komórkę (początkowo chciałem totalnie odłączyć się od cywilizacji i tylko przy okazji korzystać z Internetu), by pisać jej codziennie, że u mnie wszystko w porządku. Siostra w tych sprawach jej mi bratnią duszą i rozumiała mnie. Sama chcę w końcu odwiedzić Alaskę. Przyjaciele i znajomi w większości mówili, że zwariowałem - ale tak serdecznie, ciepło. Po drugie zastanawiali się skąd mam na to odwagę, bo oni baliby się zrobić coś podobnego samemu.
A co do pracy to po prostu ją rzuciłem. Moja szefowa, wspaniała fotografka – Izabela Jaroszewska - powiedziała wówczas, że to bardzo dobry pomysł. Zawsze była mi życzliwa.

Jakie miejsca odwiedziłeś?

- Przemierzyłem Amerykę Łacińską od Ziemi Ognistej na południu do samego wybrzeża karaibskiego. Najdłużej byłem w Argentynie - prawie dwa miesiące - ogromne odległości między miejscami i wiele pięknych miejsc do zobaczenia - cudowne góry, lodowce, wybrzeże z licznymi dzikimi zwierzętami, wodospad Iguazu, leżący na granicy z Brazylią - jeden z naturalnych cudów świata. W Buenos Aires przywitałem 2012 rok. Ominąłem Brazylię, ponieważ potrzebowałbym chyba dodatkowych 6 miesięcy - zostawiłem ją sobie na kolejną wyprawę. Zobaczyłem trochę Chile z pięknym Parkiem Narodowym Torres Del Paine na południu i najbardziej suchą pustynią na świecie - Atacama na północy. Potem wszedłem do Boliwii - najbiedniejszego kraju tego kontynentu, gdzie było z kolei najtaniej - tam miałem chyba najwięcej nieoczekiwanych i czasami mrożących krew w żyłach przygód, których w Polsce bym nigdy nie zaznał (śmiech). Następnie było Peru z Machu Picchu na czele. Potem dotarłem z przykrymi przygodami do Ekwadoru (Peru nie jest najbezpieczniejszym krajem...) Tam oprócz cudownego czasu w górach spędziłem piękne dni w Quito, stolicy kraju. I choć wolę naturę to zakochałem się w tym przepięknym kolonialnym mieście od pierwszego wejrzenia! Poleciałem też na Galapagos zaznać jeszcze większej bliskości z naturą. W samotności na pustej plaży świętowałem swoje urodziny. Po Ekwadorze była jeszcze Kolumbia. Tam jednak nie chciałem zatrzymywać się gdzieś w głębi kraju i jechałem prosto na wybrzeże. Zajechałem do wielkiego miasta - Barranquilla - gdzie nic nie ma ciekawego poza jedynym na świecie pomnikiem Shakiry (śmiech). Wpadłem tylko go zobaczyć - bo jako wielki fan Shakiry nie wypadało inaczej (śmiech). Spędziłem trochę czasu na wybrzeżu i ruszyłem do Wenezueli skąd miałem już samolot do domu.

Podobne projekt, które znamy z mediów, najczęściej mają sponsorów. Czy w Twoją przygodę również ktoś zainwestował?

- Sponsora nie miałem i nie szukałem. Nie chciałem czuć, że się czegoś ode mnie wymaga, chciałem być w tym wolny, niezależny. 
Miałem oszczędności. Od kilku lat pracowałem w Warszawie, od pewnego czasu zaczęło mi się bardzo dobrze układać. Pomyślałem, że kupię sobie samochód. Jednak pewnego dnia przestraszyłem się tego, jak ten czas szybko leci, że jest mi coraz wygodniej, a to jest bardzo niebezpieczne uczucie i zanim się obejrzę to umrę w fotelu, żyjąc pewnie, bezpiecznie i bez ryzyka. A to nie dla mnie! Postanowiłem więc wsadzić zaoszczędzone pieniądze „w kieszeń” i ruszyć przed siebie. Chciałem czuć życie!

 

Co dała Ci ta podroż, czego się nauczyłeś, czego o sobie dowiedziałeś?

- Odkryłem między innymi, jak wielu serdecznych ludzi jest wokół mnie. Jak bardzo boję się samotności, a z drugiej strony nauczyłem się i polubiłem bycie tylko ze sobą - to brzmi jak paradoks, ale tak mam. Uświadomiłem sobie, że świat jest piękny, lecz najpiękniej jest tam, gdzie są ludzie, których kochamy. Na pewno był to też czas zbliżenia do Boga, zaufanie Mu, kroczenie razem z nim - inaczej tak bym się bał, że nie zrobiłbym tego. Osoba mojej postury (metr siedemdziesiąt sześć w kapeluszu, sześćdziesiąt sześć kilo żywej wagi, z czego sześć straciłem podczas wędrówki, która kilka razy rozpoczynała naukę kung-fu, lecz zawsze coś stawało na przeszkodzie kontynuowania jej, musi mieć kogoś do pomocy (śmiech). Dla mnie tym kimś przez całą wyprawę był Bóg.

Ile miałeś momentów strachu, zawahania przez te 6 miesięcy?

- To chyba niemożliwe, żeby nie było takich momentów. Bałem się nie raz, ale jak już wspomniałem Bóg mi pomagał w tych trudnych chwilach. Byłem przygotowany na pobicie - nie bałem się tego, bardziej bałem się straty aparatu czy kamery. Na szczęście ani jedno ani drugie mi się nie przytrafiło, choć spotykałem wiele osób, które ostrzegały mnie przed tym, bo ich to już spotkało. Straciłem jedynie na granicy Peru-Ekwador sporą sumę pieniędzy - za tzw. bezpieczeństwo. Źle się z  tym czułem, ale w końcu straciłem tylko pieniądze, a nie zdrowie, czy życie. To była dla mnie lekcja nieprzywiązywania się do pieniędzy.

Co najbardziej utkwiło Ci w pamięci z tej podróży?

Wspaniali ludzie, których poznałem. Doświadczenie bliskości z naturą. No i sama frajda bycia w drodze z plecakiem, bycia WOLNYM.

Przez cały czas dokumentowałeś swoją podróż, nagrywając filmy i fotografując to, co widziałeś. Na podstawie tych materiałów przygotowałeś pełnometrażowy film dokumentalny, którego trailer mamy szansę oglądać na YouTube.

- Trailer jest zapowiedzią pierwszej części filmu. Nie udało mi się streścić wyprawy w jednej części - dlatego będą 2 około 1,5-godzinne części filmu. Są w nim także momenty ciężkie, kiedy miałem doła. Kamera była dla mnie często takim kompanem, przed którym mogłem się wygadać. 
W filmie chciałem pokazać, jak wygląda samotna wędrówka, jakie myśli przychodzą człowiekowi do głowy, jak radzi sobie z samotnością. Chciałem pokazać piękno Ameryki Południowej i pokazać trochę ludzi, których spotkałem. Jednak oczywiście kamera nie nagrywała bez przerwy, sam byłem dla siebie operatorem i nie pojechałem tam nota bene kręcić film tylko być, wędrować, przeżywać, chłonąć, a film powstawał przy okazji. Byłem też ostrożny i kiedy widziałem, że mogę skusić kogoś wyciągając kamerę bądź aparat to tego nie robiłem. Takie są minusy samotnej podróży - z kimś człowiek czuje się pewniej. Ale z drugiej strony samotny człowiek bardziej jest otwarty na otoczenie - tak mi się wydaję.

Co teraz zrobisz, skoro masz już za sobą przygodę życia. Przez 6 miesięcy przeżyłeś i zobaczyłeś tyle, co większości z nas nie uda się przez całe życie. Jakie masz plany na przyszłość?

- Planów nie lubię. Lubię za to marzenia. Złapałem bakcyla wędrówki i ciągnie mnie na drogę. Marzę sobie, żeby jedną wyprawą móc zarobić na następną. Chciałbym po swojemu pokazywać świat ludziom - tym ludziom, którzy nie mogą tak podróżować lub się boją, albo po prostu wolą poznawać świat bezpieczniej, z perspektywy wygodnego fotela przed telewizorem bądź komputerem. Przede wszystkim chcę cały czas być wierny pragnieniom serca. Chcę coraz bardziej rozkochiwać się w świecie, ludziach i Bogu. Chciałbym, aby trailer zobaczyło jak najwięcej ludzi. Marzę sobie, że później pójdę z milionowym odtworzeniem trailera na YouTube do telewizji,  pokażę jakie jest zainteresowanie, a oni kupią mój film i pokażą całej Polsce (śmiech). Taki już ze mnie marzyciel (śmiech).

W takim razie życzymy Ci spełnienia marzeń, aby jak najwięcej osób zobaczyło trailer, by film, który stworzyłeś trafił do Discovery Channel, a dzięki temu każdy mógł zobaczyć przygodę Twojego życia.

 

Zapraszamy na fanpage projektu''181''->

 

 

 

Rozmawiała Iwona Kamińska

Komentarze (1)

Dodaj swój komentarz