[WYWIAD] Prof. dr hab. Aleksander Kiklewicz, olsztyński politolog: Białoruś przebudziła się – czy jest jednak gotowa do przyjęcia demokracji?

[WYWIAD] Prof. dr hab. Aleksander Kiklewicz, olsztyński politolog: Białoruś przebudziła się – czy jest jednak gotowa do przyjęcia demokracji?
Prof. dr hab. Aleksander Kiklewicz
Fot. Archiwum prywatne

Białoruś przebudziła się – czy jest jednak gotowa do przyjęcia demokracji? Setki tysięcy mieszkańców Białorusi protestują na ulicach oraz w zakładach pracy. Walczą o wolność, ale czy na pewno także o demokrację? Zamieszkały w Polsce Białorusin, prof. dr hab. Aleksander Kiklewicz, kierownik Zakładu Komunikacji Społecznej UWM, dyrektor Centrum Badań Europy Wschodniej, przestrzega przed zbytnim optymizmem w tej kwestii.

Od kiedy w roku 1994 Aleksandr Łukaszenka został prezydentem Białorusi, docierają z tego kraju informacje o łamaniu przez tamtejsze władze prawa, w tym także praw człowieka. Jednym z przejawów tego procederu są fałszerstwa wyborcze – to z ich powodu przybiera na sile obecny masowy protest społeczny.

Zdaje się, że pierwszym przypadkiem wyborczego fałszerstwa, udokumentowanym przez międzynarodowe organizacje monitorujące przestrzeganie praw człowieka, było narodowe referendum w sprawie integracji z Rosją w drugim roku urzędowania nowego prezydenta. Zakończyło się ono oczywiście po myśli bardzo „prorosyjskiego“ Aleksandra Łukaszenki. Przynajmniej dobrze na tym wyszła gospodarka Białorusi, kiedy Rosja sprzedawała im gaz sześć razy taniej, niż na przykład Polsce?

- Rzeczywiście ten rosyjski gaz jest tańszy dla białoruskiego państwa, chociaż nie jest wcale przy tym tańszy dla Białorusinów – obywateli tego kraju. Użytkownicy płacą za niego może nawet więcej, niż Polacy. Dodatkowo Białoruś płaci za ten gaz pieniędzmi z pożyczki uzyskanej od Rosji. Czyli de facto nie płaci wcale...

Chociaż w przyszłości będzie musiała zwrócić Rosji tę pożyczkę...

- Na pewno zostanie to jakoś w końcu rozliczone, ale na razie dostawy gazu niezbyt obciążają budżet Białorusi.

Tak, czy inaczej, naród białoruski „obudził się“ teraz i powstał w obronie swoich praw...

- Jestem tym bardzo pozytywnie zaskoczony. Wydawało się bowiem, że tych, którzy – siłą pewnej „tradycji“ – popierają obecnego prezydenta, jest wystarczająco dużo, żeby mógł on spać spokojnie. Dlatego myślałem, że szanse liberalnej opozycji są znikome.

Tymczasem okazało się, że jest jednak inaczej.

- To powód do wielkiej radości. Internauci żartują nawet, że są mile zaskoczeni, że tyle osób posiada białoruską flagę. Jaki będzie jednak finał obecnych wydarzeń, to nie jest wcale oczywiste. Właśnie teraz Łukaszenka podpisał kolejny dekret, przyznając nagrody dla 300 funkcjonariuszy struktur siłowych państwa „za wierną służbę“. Chodziło o „zasługi“ z ostatnich dni.

Musi o nich dbać, skoro jego władza opiera się właśnie na tych strukturach.

- Oprócz nich stoi także za prezydentem cała armia urzędników różnego szczebla, dlatego jestem pełen obaw o finał obecnej „rewolucji społecznej“.

Od lat słyszymy w Polsce o poważnym, notorycznym łamaniu praw człowieka oraz brutalnym gwałceniu zasad demokratycznego państwa prawa na Białorusi. Prezydent Łukaszenka posunął się nawet do zorganizowania specjalnych „szwadronów śmierci“, które likwidowały ważniejszych opozycjonistów. Pamiętamy jeszcze czasy PRL, kiedy za „podskakiwanie“ władzy można było naprawdę nieźle oberwać. A jednak ludzie decydowali się na takie wręcz ryzykowanie życiem. Czy teraz przysłowiowa „miarka“ „przebrała się“ narodowi białoruskiemu?

- Rzeczywiście to, co obserwujemy teraz na Białorusi, jest naprawdę zaskakujące. W niedzielę w Mińsku demonstrowało ponad 200 tysięcy osób. Obserwując białoruską historię, można wnioskować, że Białorusinom nigdy w zasadzie nie opłacało „bić się o swoje“, bo rywale byli zawsze silniejsi. Dlatego przez wieki ukształtował się charakter typowego Białorusina jako człowieka pogodnego i tolerancyjnego, o czym pisał na przykład Tadeusz Konwicki. Być może teraz  rozpoczął nowy rozdział historii. Po pierwsze dlatego, że – jak Pan to nazwał – „przebrała się miarka“. Po drugie współczesna Białoruś osiągnęła już pewien, wręcz „europejski“, poziom rozwoju cywilizacyjnego. Pojawiła się duża liczba młodej, wykształconej inteligencji, która podróżuje na Zachód i dla której „tradycja wschodniej satrapii“, odziedziczona po czasach ZSRR, jest zupełnie obca. Do tego doszły jeszcze kłopoty związane z pandemią koronawirusa – ludzie widzą, że władze wcale nie rozwiązują tych problemów, a prezydent przekonuje, że wirusa nie ma, skoro on go naocznie nie widzi.

Z tego co pamiętamy, to za obecnego prezydenta każde wybory odbywały się w podobnej atmosferze...

- I ludzie już się tym zmęczyli. Także dlatego, że ostatnie 26 lat to „era Łukaszenki“ i to jest już takie przysłowiowe oraz naturalne „zmęczenie materiału“. Ludzie chcą już czegoś nowego, a tymczasem Łukaszenka mówi: „Nie oddam tego państwa, chyba, że po moim trupie“.

Białoruska noblistka, wydawana także w Polsce znakomita pisarka Swietłana Aleksijewicz, zwróciła się do Łukaszenki z apelem, by ustąpił, zanim wepchnie kraj w otchłań wojny domowej. Czy sądzi Pan, że dyktator byłby gotów w ogóle rozważyć tę propozycję?

- Na razie czuje się on pewien siebie, nawet gdy jest wygwizdywany przez robotników. Swietłana Aleksijewicz nie jest dla niego żadnym autorytetem, bo dla Aleksandra Łukaszenki jest tylko jeden autorytet: Aleksander Łukaszenka. Osoby cierpiące na psychozę paranoidalną są wrogo nastawione do otoczenia, nawet najbliższego. I ciągle szukają konfrontacji. Taką diagnozę postawił dyktatorowi już w początkach jego prezydentury miński psychiatra Dmitrij Szczygielski. Po opublikowaniu swoich badań Szczygielski musiał opuścić Białoruś. Wywiad z nim można przeczytać na witrynie Radia Swoboda.

Może ma jakiś plan po prostu?

- Być może jest to jakiś wręcz patologiczny przypadek tyrana, dyktatora, który nie zna granic. Z drugiej strony jest tu jeszcze inny wątek, wręcz niezrozumiały dla ludzi, wychowanych w kulturze zachodniej. Bowiem w tradycji Europy Wschodniej życie człowieka, osobowość nie ma takiej wartości, jaką przyznaje mu się na Zachodzie. Dlatego fakt, że ucierpiało albo nawet zginęło dziesięć, sto, tysiąc osób, nie stanowi dla dyktatora ani dla jego otoczenia żadnego problemu. Pamiętajmy, że rosyjskie rewolucje miały charakter szczególnie brutalny. Skala brutalności władzy radzieckiej, opisana na przykład przez Aleksandra Sołżenicyna, jest dla ludzi Zachodu, także dla Polaków, nie do wyobrażenia. Dlatego obawiam się, że w obronie swojej władzy Łukaszenka może „pójść na całość“. On naprawdę nie cofnie się przed niczym.

W polskim Facebooku pojawiły się filmiki, w których białoruscy żołnierze oraz policjanci palą mundury, zrywają swoje odznaki i wrzucają je do zsypu. Czy to naprawdę możliwe, biorąc pod uwagę, komu się w ten sposób przeciwstawiają oraz jakie mogą być tego konsekwencje?

- Była taka sytuacja w najgorętszych dniach protestu, kiedy bodajże w Brześciu jeden z oficerów czy podoficerów po rozmowie z cywilami zawrócił ciężarówki, pełne uzbrojonego wojska, wysłanego do tłumienia demonstrantów. Z kolei w Grodnie tamtejszy komendant policji przepraszał za zachowanie swoich ludzi. Jednak – ogólnie rzecz biorąc – białoruskie struktury siłowe składają się obecnie w dużej części ze zwykłych przestępców. Kiedy widzimy w Internecie twarze tych OMON-owców, przestajemy się dziwić skali brutalności z ich strony.

Podobno Łukaszenka chwalił kiedyś politykę wewnętrzną Hitlera...

- Rzeczywiście, wkrótce po dojściu do władzy w 1994 roku uzasadniał w jednym z wywiadów swój „siłowy“, apodyktyczny styl sprawowania władzy. Powoływał się wtedy na Hitlera jako polityka, który „rządami silnej ręki“ doprowadził do rozkwitu gospodarczego swojego kraju. Łukaszenka podkreślał wtedy, że metody siłowe mogą być skuteczne, korzystne dla społeczeństwa.

Z tego, co Pan mówi wynika, że możemy jeszcze spodziewać się w najbliższym czasie naprawdę dramatycznych wydarzeń na Białorusi.

- Niestety sytuacja może rozwinąć się także w tę stronę. Ważne tu jest stanowisko Rosji, najpoważniejszego gracza w tym rejonie świata. Przywołam w związku z tym kontrowersyjną postać znanego w Rosji polityka – Władimira Żirinowskiego. Choć sam nie ma może wielkiego wpływu na bezpośrednie rządzenie krajem, jednak jego wypowiedzi, jak zaobserwowałem, są bardzo symptomatyczne – zwykle w podtekście kryje się oficjalne stanowisko Kremla. Żirinowski więc wystąpił publicznie w sprawie wydarzeń na Białorusi i skrytykował Łukaszenkę jako „dyrektora sowchozu, który niczego się nie nauczył“, jako „niewdzięcznego darmozjada”, który nie przynosi Rosji żadnych korzyści.

Rozumiem, że uważa Pan, że może być to znak, że Putin ma już dosyć Łukaszenki.

- Istnieje spore prawdopodobieństwo, że tak właśnie mówi się na Kremlu. Druga z kolei wypowiedź Żirinowskiego dotyczyła propozycji dla Łukaszenki, żeby – skoro sam sobie nie radzi z Białorusią – zwrócił się do Rosji o pomoc. Nie powiedział wprawdzie, jak Rosja mogłaby rozwiązać te problemy Białorusi, jednak samo to jest już niepokojące. Wydaje mi się jednak, że bezpośrednia wojskowa agresja nie jest możliwa. Weźmy pod uwagę białoruskich kontrkandydatów Łukaszenki w tych ostatnich wyborach. W przypadku Cichanouskiej byłem zaskoczony rozmachem jej kampanii. Widać było, że stoją za tym poważniejsze finanse. Nie chcę twierdzić, że rosyjskie, choć nie jest to wykluczone. W przypadku Cepkały mamy dosyć oczywiste ślady jego powiązań rosyjskich – jeśli przeczytamy jego biografię. A Babaryka był dyrektorem banku z rosyjskim kapitałem. Wręcz rosyjski człowiek! Być może zatem to znak, że Rosjanie chcieliby odejścia Łukaszenki i zajęcia jego miejsca przez człowieka przychylnego dla Rosji, ale jednocześnie bardziej przewidywalnego. Z drugiej (z kolejnej) strony – w internecie można przeczytać, że działania Łukaszenki w ostatnich dniach są bardziej przemyślane i uporządkowane, a to za sprawą przybyłych z Moskwy doradców.

Kiedy jednak Łukaszenki już nie będzie, to kto go wtedy zastąpi? Czy będzie to jakaś nadzieja na nowe czasy dla Białorusi?

- Poruszył Pan tutaj najważniejszy problem: „Co potem?“. Czy Białorusini są gotowi, by coś zbudować? Bo zburzyć stare struktury, a potem skompromitować się, nie umiejąc nic stworzyć w ich miejsce, jest być może gorsze, niż nie robić nic. Przypadek Ukrainy nie nastraja tu zbyt optymistycznie. Była ona wielką nadzieją dla Europy Wschodniej, a skończyło się po prostu wielką żenadą. Podobno korupcja jest tam teraz większa, niż była przed „pomarańczową rewolucją“. To wszystko budzi rozczarowanie ludzi samą ideą demokracji. „Zwykli ludzie” myślą: po co walczyć, skoro w efekcie nic nam to nie daje. I tego się właśnie boję w przypadku Białorusi.

Czy powodem tego niepowodzenia na Ukrainie jest także brak odpowiedniej tradycji demokratycznych rządów w krajach Europy Wschodniej? Ludzie nie znający reguł takiej „demokratycznej gry“ poszli po prostu doskonale sobie znanym tropem skorumpowanej, wschodniej despotii?

- Oczywiście tak. W Centrum Badań Europy Wschodniej organizowaliśmy kilka lat temu spotkania i dyskusje na temat Ukrainy. Zawsze wtedy podkreślałem, że nie można wszystkiego tłumaczyć poprzez doraźne mechanizmy polityczne, struktury władzy, układy itp. One są na pewno ważne. Ale jeszcze ważniejsza jest świadomość społeczna, utrwalony przez pokolenia system wartości, zespół przyzwyczajeń, zwłaszcza dotyczący tego, czego robić nie wolno. Chodzi o to, co ludzie „wysysają to z mlekiem matki“.  Sytuacja na Białorusi nie jest pod tym względem najlepsza. Nie ma tam tradycji rządów demokratycznych, brakuje też silnych partii politycznych, brakuje w ogóle pojęcia sprawiedliwości społecznej. Uznaje się koniunkturę, a zadanie jednostki polega na tym, aby do koniunktury się dostosować. Czy opozycja białoruska jest w stanie pokonać te kompleksy — jest dla mnie zapytaniem.

A obecna liderka, Swiatłana Cichanouska?

- Wykonała świetną robotę. Zmotywowała ludzi do działania, dała nadzieję. Jednak wydaje mi się, że sytuacja ją przerosła. Nowe władze Białorusi – gdyby sytuacja w kraju rozwijała się pomyślnie – musiałyby mieć świadomość, że działają u granic Rosji, więc zbyt radykalny zwrot w kierunku Zachodu może być trudny. Trzeba byłoby mądrze wypracować model współpracy z każdym sąsiadem. Ludzie nie chcą wcale zbyt szybkich zmian, potrzebują także trochę stabilności. Na pewno ogromna Rosja pozostanie źródłem surowców oraz głównym partnerem gospodarczym. Należałoby zatem dać Rosji znak, że pozostaje ważnym partnerem. Ale Białoruś powinna otworzyć na współpracę z Litwą, Polską i cały obszarem Europy Środkowej i Zachodniej, poszukując tam partnerów gospodarczych i politycznych.

Siłą rzeczy Białoruś musi liczyć się z Rosją. Czy w takim razie głos przywódców krajów zachodnich ma dla Łukaszenki jakiekolwiek znaczenie w kwestii osłabienia możliwych represji dla narodu w związku z ostatnimi wydarzeniami?

- Wydaje się, że w dzisiejszej sytuacji nie ma to żadnego znaczenia. Bo jeśli nawet były jakieś sankcje Zachodu wobec Białorusi, to miały one wymiar jedynie symboliczny. Nie były właściwie odczuwalne dla gospodarki białoruskiej. A z kolei aspekt „wizerunkowy“ także nie ma wpływu na postawę dyktatora Łukaszenki. W tej sytuacji decydującym czynnikiem zewnętrznym jest oczywiście stanowisko Rosji, a także stanowisko Chin jako potężnego inwestora na Białorusi. Musimy zatem obserwować teraz sytuację na Białorusi – na ile pozwoli sobie dyktator oraz na co będzie stać demokratyczną opozycję w kraju.

Białoruś jest inna niż Polska, trudno zatem poszukiwać analogii pomiędzy możliwym rozwojem sytuacji w Waszym krajem, a historią polskiego wyjścia z komunizmu...

- To jest jednak kraj usytuowany w obszarze kultury wschodnioeuropejskiej i mający zupełnie inną historię, niż Polska. Białorusini to byli kiedyś przeważnie chłopi pracujący na rzecz obcego pana. Podobne kompleksy mają też, jak wydaje się, Słowacy. Historia była zbyt trudna i skomplikowana, żeby to było dzisiaj jednoznaczne.

Wygląda więc na to, że próba zbudowania teraz na Białorusi demokracji na wzór zachodni byłaby bardzo trudna, jeżeli nie wręcz niemożliwa.

- Obawiam się, że tak. Chociaż – z drugiej strony – mnóstwo młodych ludzi podróżuje teraz na Zachód, pracownicy białoruskich uczelni wyjeżdżają na stypendia naukowe i tak dalej. Mińsk to duże miasto, mieszkańcy którego mają rozległe kontakty międzynarodowe. A z drugiej strony – na organizowane przeze mnie w Olsztynie duże międzynarodowe konferencje naukowe przyjeżdża wiele osób z całej Europy Wschodniej: z Rosji, Ukrainy, Estonii, Łotwy, Armenii, Gruzji, Kazachstanu i tak dalej, ale z Białorusi przyjeżdżają pojedyncze osoby. Istnieje pewna izolacja. Koledzy Białorusini mówili mi, że publikacja naukowa w czasopiśmie zagranicznym – przedmiot starań i dumy naukowców, na Białorusi liczy się jako drugorzędna, gdyż trzeba „publikować u siebie”. To są dyrektywy administracyjne, ale ludzie powoli do tego się przyzwyczajają i wielu już się przyzwyczaiło. Mam na Białorusi znajomych biznesmenów, którzy przystosowali się do warunków i mówią, że nie chcą zmian. Mają pieniądze, paszporty, dzieci, studiujące lub mieszkające na Zachodzie. Wszystko im odpowiada.

Demokratyzację Białorusi trzeba by zatem zacząć od zmiany mentalności tamtejszego społeczeństwa.

- Bez wątpienia tak. Podobne działania poczynił po II wojnie światowej rząd Republiki Federalnej Niemiec, zmieniając niemieckie społeczeństwo. Tak samo należy myśleć o Białorusi: nie tylko zmienić układy w obozie rządzącym, ale wychować – stopniowo – nowego człowieka.

To będzie trwało pokoleniami, panie profesorze...

- Czy jest jednak inna droga? Weźmy przykład Ukrainy. Pojechał tam Leszek Balcerowicz i próbował im pomagać w transformacji ustroju. Został jednak pokonany przez wszechobecną korupcję. Podstawowym zagadnieniem jest więc zmiana mentalności ludzi. Inżynieria społeczna – w lepszym znaczeniu tego słowa.

Rozmawiał Łukasz Czarnecki-Pacyński

Komentarze (1)

Dodaj swój komentarz

  • Emeryt 2020-08-20 18:58:06 176.221.*.*
    My sobie do tej pory nie potrafimy poradzić. Opanowała nas pajdokracja jak za Stalina a bandy bazarowych cwaniaczków udających mężów stanu żyją w luksusach na koszt podatników . Takiej Polski chcieliśmy?
    Odpowiedz Oceń: 9 0 Zgłoś treść