Okazuje się, że nawet "mieć" nie ma już tego samego znaczenia, co 20 czy 10 lat temu.
Między potrzebą a nadmiarem – skąd bierze się konsumpcyjna spirala?
W kulturze zachodniej prawo do posiadania jest zakorzenione w świadomości ludzi. Chcemy mieć jak najwięcej, dlatego ciężko pracujemy.
W Polsce takie podejście do życia wynika z 37-letniego okresu PRL-u, gdy społeczeństwo było systemowo zmuszane do "wspólnej własności". W latach początku kapitalizmu w kraju (9. dekada XX w.) Polacy "zachłysnęli się" możliwościami Zachodu, rekompensując sobie lata "własnościowej" posuchy.
Posiadanie nierzadko daje poczucie bezpieczeństwa, zwłaszcza w krajach z podobnym tłem historycznym do naszego. Dlatego pragniemy mieć mieszkanie, samochód, biznes czy kawałek gruntu.
Oczywiście, pęd do rzeczy materialnych doprowadził do skrajnego konsumpcjonizmu, a nawet zakupoholizmu. Według badań CBOS-u z 2019 roku, problem ten dotyczy 2,5 mln Polaków (ok. 3,7%), nawet od 15. roku życia.
Ma na to wpływ "spadek" po starszych pokoleniach w postaci silnej potrzeby posiadania "bo kiedyś nie było nic", ale spiralę zakupów nakręcają także media społecznościowe. Zdecydowanie nie należy więc popadać w przesadę - najważniejszy jest umiar.
Oczywiście, zakupoholizm to odrębna rzecz od prawa posiadania mieszkania, którego coraz częściej jesteśmy pozbawieni.

Mieszkanie luksusem? Ceny i kredyty biją rekordy
Według danych Narodowego Banku Polskiego, ceny mieszkań w ciągu 2024 roku wzrosły o ok. 11%. Rosną nie tylko ceny lokali deweloperskich, a także tych na rynku wtórnym.
Nie dość, że Polaków nie stać na kupno mieszkania - wykańczają także oprocentowania kredytów, które w okresie od lipca 2023 do czerwca 2024 zanotowały wartościowy wzrost o 67%. Według niektórych polityków, mamy jedne z najdroższych kredytów w Europie. [Zobacz: Magdalena Biejat (Nowa Lewica) w Olsztynie: "Koszty kredytów zaciskają się cały czas na szyi zwykłych ludzi"].
W skrócie: nie stać nas na mieszkania, a wielu ledwo stać nawet na spłacanie rat. Samo uzyskanie pożyczki jest problematyczne. W 2024 roku dochód na gospodarstwo domowe, aby bank uznał zdolność kredytową za odpowiednią, wynosił ok. 12 tys. zł miesięcznie.
Poszybowały także ceny wynajmu. W 2022 roku w największych miastach zaobserwowano wzrost kosztów o ok. 20%, a w Krakowie... nawet 36%.
***
Więcej: Ceny mieszkań w ostatnich 5 latach wystrzeliły. Olsztyn na 8. miejscu w Polsce!
***
Abonamentowy styl życia – nowa era konsumpcji
Coraz popularniejszy staje się także krótko- i długoterminowy wynajem samochodów. Polega to na umowie abonamentowej w ramach stałej, miesięcznej opłaty. Wliczają się w nią koszty ubezpieczenie oraz wszelkie naprawy auta.

To najdynamiczniej rozwijający się sektor motoryzacyjny w Polsce. Zainteresowanie usługą rośnie zwłaszcza w grupie wiekowej 18-29 lat, a Polacy decydują się najczęściej na umowy roczne, 3-letnie lub 5-letnie.
Polska podąża pod tym względem za innymi krajami Europy, gdzie w 2022 roku sprzedaż aut z salonów spadła o ok. 12%.
Chętnie wynajmujemy także hulajnogi oraz rowery na minuty za pomocą aplikacji.
Nawet zdrowie mamy w abonamencie. Coraz więcej osób decyduje się na wykupowanie prywatnej opieki medycznej w sieciach firmowych placówek. Zazwyczaj są to zagraniczni inwestorzy, którzy generują zyski na poziomie kilku miliardów złotych.
Funkcjonujemy w świecie abonamentów, a znaczna część naszego życia opiera się na subskrypcji (płacenie za produkty lub usługi, z których można zrezygnować w dowolnej chwili bez konsekwencji prawnych).
Chociaż taki system jest kojarzony głównie z serwisami streamingowymi (muzycznymi, filmowymi, a także książkowymi), na ten model przechodzi wiele firm, ponieważ jest to dla nich opłacalne. Ludzie często zapominają o wykupionym abonamencie. Nie rezygnują z niego z przyzwyczajenia - tym bardziej, że opłaty są pobierane z konta bankowego automatycznie.
Subskrybujemy kulturę, ale czy naprawdę ją posiadamy?
Na system subskrypcyjny przechodzą media tradycyjne – prasa, radio i telewizja. Nie musimy kupować gazet, książek, płyt czy gier. Wszystko możemy "mieć" w komputerze lub czytniku.
Taki system jest dla nas wygodny, bo mamy dostęp do właściwie nieograniczonej bazy kultury, ale kiedy przestajemy płacić... zostajemy z niczym.

Muzyka cyfrowa stanowi aktualnie 80% zysków rynku muzycznego. Płyty CD odnotowały natomiast w pierwszej połowie 2024 roku 40% skok, dzięki czemu stanowiły ok. 12,5% zysków rynku muzycznego. Na popularności zyskały także płyty winylowe, których sprzedaż wzrosła o 20,5% (stanowiąc ok. 7% zysków).
Sukces streamingów nie oznacza więc, że w ogóle nie kupujemy nośników fizycznych, natomiast forma digitalowa zdecydowanie zdominowała branżę muzyczną.
Wiele osób nie ma nawet żadnego odtwarzacza płyt muzycznych, filmowych czy gier (większość nowych laptopów nie posiada stacji dysków).
Odbiorcy muzyki nierzadko pozbawiają się w ten sposób jakości słuchanych dźwięków.
Ekologiczny paradoks streamingu – niewidzialny ślad węglowy
Co ciekawe, odtwarzanie treści z platform, jest także nie ekologiczne. The Shift Project (francuska organizacja non-profit na rzecz klimatu – przyp. autor) opublikowała w 2019 roku raport, w którym stwierdzono, że światowy streaming produkuje rocznie takie same ilości CO2, co cała Hiszpania.
Przeglądanie Internetu przez 15 minut odpowiada 1 km przejechanemu samochodem. Choć mogłoby się wydawać, że plastikowe nośniki są jednoznacznie złym wyborem – te kupujemy raz i jesteśmy w ich posiadaniu. W streamingu jedną rzecz możemy klikać/pobierać nieskończenie wiele razy, co generuje ogrom danych i zużycia CO2.
Innym ciekawym aspektem "nieposiadania" są... spadki. Dziś po krewnym dostajemy nieruchomości, firmy, grunty, a także zbiory książek czy nawet... ubrania.
Wątpliwym jest, czy ubranie kupione w "sieciówce" z tworzyw sztucznych, posłuży kolejnym pokoleniom. Skoro mieszkania i samochody coraz częściej wynajmujemy, a kulturę tylko wypożyczamy z Internetu, w spadku zostawimy chyba jedynie... ślad węglowy.
Jakie pytanie postawiłby Erich Fromm w 2025 roku?











Komentarze (0)
Dodaj swój komentarz