Na początku roku policja wzięła pod lupę sprzedaż nieruchomości na olsztyńskiej starówce. Teraz jej ustaleniami zajmuje się Prokuratura Olsztyn-Południe. Mocno się gimnastykuje, próbując ustalić, czy olsztyński biznesmen złamał prawo, odkupując od ludzi mieszkania komunalne i sprzedając je na wolnym rynku z kilkudziesięcioprocentowym przebiciem.
Bonifikata pod warunkiem...
Sprzedaż mieszkań komunalnych reguluje uchwała Rady Miasta. Zgodnie z nią ludzie, którzy wynajmują mieszkanie komunalne od miasta, mogą kupić je nawet za 10 proc. wartości - jeśli budynek jest wpisany do rejestru zabytków. Jeśli nie jest zabytkiem, to i tak bonifikata jest duża - 80 proc. Na przykład za 54-metrowe mieszkanie komunalne w samym centrum Olsztyna w zabytkowej kamienicy, które kosztuje na wolnym rynku 150 tys. zł, jego najemca może zapłacić jedynie 15 tys. zł.
Ale jest jeden warunek. Zgodnie z uchwałą radnych i ustawą o gospodarce nieruchomościami nie można tak kupionego mieszkania sprzedać w ciągu najbliższych pięciu lat. Jeśli ktoś to zrobi, musi oddać ratuszowi całą bonifikatę.
...do ominięcia
Ale jak ustalili policjanci, prawo można bardzo łatwo obejść. Śledczy sprawdzili pięć transakcji kupna-sprzedaży mieszkań komunalnych na Stary Mieście, do których doszło w 2005 roku. Ratusz udzielił na nie 80-90-procentowych bonifikat. Za dwupokojowe mieszkania, nie większe niż 48 metrów kwadratowych, ich dotychczasowi lokatorzy płacili od 6 do 12 tys. zł.
Wszystkie transakcje pilotował jeden olsztyniak. - Najpierw dotarł do ludzi, którzy byli w podeszłym wieku i wynajmowali mieszkania od miasta. Przekonał ich, że nie muszą znosić hałasu na starówce. Zaproponował, że jeśli wykupią mieszkania z bonifikatą, on da im w zamian mieszkania w wielkiej płycie na osiedlach spokojniejszych od starówki. Wszyscy na to przystali - mówi prokurator, który zna akta sprawy.
Starsi, którzy wykupili mieszkania, przepisywali je na swoich bliskich. Prawo na to pozwala. A krewni odsprzedawali je przedsiębiorcy.
Każdy w tym łańcuszku zyskiwał. - Starsi ludzie, bo dostawali mieszkania w wielkiej płycie, ich krewni, bo otrzymywali kilka tysięcy złotych bonusu za nic, oraz sam biznesmen, który sprzedawał lokale na wolnym rynku, zarabiając na każdym mieszkaniu 30-40 tys. zł na czysto - mówi olsztyński prokurator.
Traciło "tylko" miasto.
Jak wynika z ustaleń policji, przedsiębiorca był bardzo zaangażowany w całą sprawę. Nie tylko pomagał ludziom załatwić wszystkie formalności, ale też w jednym przypadku dał pieniądze na wykup mieszkania, a w drugim dołożył część brakującej kwoty. - Był mózgiem całej operacji. To on krok po kroku wymyślił, jak za małe pieniądze kupić mieszkania, by je później sprzedać z pokaźnym zyskiem - mówi nasz rozmówca z prokuratury.
A proceder kwitnie
Piotr Marek, szef Prokuratury Olsztyn-Południe, nie chce rozmawiać o szczegółach sprawy, tłumacząc to dobrem śledztwa. - Będziemy chcieli prowadzić je w kierunku wyłudzenia bonifikaty od miasta - mówi tylko.
Sławomir Machnik, dyrektor wydziału geodezji i nieruchomości olsztyńskiego ratusza: - Nie wierzę, że prokuraturze uda się tutaj komukolwiek coś udowodnić. Ale życzę im powodzenia.
Machnik mówi, że skoro ustawa pozwala przepisywać nieruchomości na rodzinę, ratusz nie może nic z tym zrobić. - Byśmy mogli reagować, trzeba by znowelizować ustawę o gospodarce nieruchomościami - twierdzi dyrektor. - Teraz monitorujemy tylko, czy ludzie, którzy kupują mieszkania z bonifikatą, nie sprzedają ich w ciągu pięciu lat. Jeżeli to zrobią, wtedy my od nich żądamy zwrotu zniżki.
Ratuszowi urzędnicy przyznają, że sprawa, którą bada prokuratura, nie jest jednostkowa. Mówią, że taki proceder kwitnie w mieście od lat.
Komentarze (0)
Napisz komentarz