Dyrektor Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie Paweł Dobrowolski po dwóch sezonach kierowania tą placówką kultury przyzwyczaił nas już do premier niezwykłych — odważnych, tematycznie istotnych, dotykających kwestii fundamentalnych dla naszej kultury i tożsamości. Zaprasza więc na Scenę na 1 Maja kolejnych intrygujących reżyserów, przynoszących ze sobą niezwykłe, ekstrawaganckie koncepcje dramaturgiczne, a prowadzony przez niego teatr urasta do rangi jednego z najważniejszych ośrodków dramaturgii współczesnej w Polsce.
Wystawiony w środę 1 kwietnia spektakl „Vader. Wojna totalna” - napisany przez jego reżysera Tomasza Mana na podstawie książki Jarka Szubrychta pod tym samym tytułem - to wydarzenie bezprecedensowe. Podjął Man próbę przeniesienia na deski teatru historii deathmetalowej legendy, wywodzącej się z Olsztyna grupy Vader — i stworzył przedstawienie o niezwykłej sile rażenia i autentyczności. Jak mi opowiedział po spektaklu: — Jestem „metalowcem” od dziecka, kiedy słuchałem na ’szpulowcu’ TSA, Kata czy Deep Purple. Vadera zobaczyłem po raz pierwszy na Metalmanii w 1986 roku i wtedy mnie to zachwyciło.

Poznajemy więc historię Piotra „Petera” Wiwczarka, który będąc nastolatkiem usłyszał w początkach lat 80. brytyjską grupę heavymetalową Judas Priest i… stało się — nagle, bez ostrzeżenia. Brawurowo grany przez Krzysztofa Plewako-Szczerbińskiego wspomina Wiwczar moment, w którym Muza-patronka heavy metalu poraziła go po raz pierwszy. To było olśnienie — gwałtowne, elektryczne, niepodobne do niczego, co znał; impuls, który przeszył go do rdzenia.
Dzieje olsztyńskiej grupy opowiada czwórka aktorów „grających” przy tym drewnianymi pałeczkami na metalowych beczkach. To pomysł scenografki, Anetty Piekarskiej-Man - prywatnie żony reżysera - historyczki sztuki, która od lat zwraca uwagę w świecie teatru swoim nowatorskim podejściem do scenografii. W ciągu blisko 20 lat pracy artystycznej zaprojektowała scenografię oraz kostiumy do ponad pięćdziesięciu spektakli dla teatrów w całej Polsce.
Jak stwierdziła podczas popremierowego bankietu: „Skoro grupa jest metalowa, to muszą grać na metalu”. Krzysztof Plewako-Szczerbiński, Grzegorz Gromek, Maciej Mydlak i Marcin Tyrlik odtwarzają pierwszy skład zespołu: Peter — wokal, gitara; Czarny (Robert Czarneta) — gitara; Jackie (Jacek Kalisz) — bas; i Docent (Krzysztof Raczkowski) — perkusja. Oczywiście trudno byłoby szybko nauczyć absolwentów szkoły aktorskiej „piłowania” na koncertowych „wiosłach” — tak w slangu muzycznym nazywa się elektryczne gitary — ale kiedy z tyłu sceny siada profesjonalna gitarzystka i wokalistka, Karolina Ptaszyńska, a aktorzy jedynie podgrywają rytm pałeczkami, powstaje znakomity efekt dramaturgiczny.
Wykorzystanie beczek zamiast tradycyjnej perkusji wymaga od aktora nie tylko poczucia rytmu, ale i ogromnego wysiłku fizycznego, a specyficzne brzmienie uzyskano dzięki położeniu tam łańcuchów i ręczników. A Karolina tak sugestywnie naśladuje brzmienie legendarnej grupy Black Sabbath — łącznie ze specjalną techniką „metalowego” śpiewu, zwaną growlingiem — że chwilami można było odnieść wrażenie, iż spektaklowi towarzyszą autentyczne nagrania z tamtych lat.
Panujący wtedy w kraju klimat podkreśla mocny kontrapunkt: z jednej strony bogoojczyźniane zaśpiewy w rodzaju „Ukochany kraj” — tu mistrzowsko wykonane przez Macieja Tyrlika, który swobodnie wyciąga wysokie tony i prowadzi długie frazy na jednym oddechu — zestawione ze ścinającymi z nóg deathmetalowymi riffami i dramatycznymi słowami o końcu świata.
Wszak w drugiej połowie lat 80. komuna już się waliła, a nastrój dekadencji znalazł swoje odbicie w „Nekrolust” (1989), pierwszym demo (czyli surowej, niskobudżetowej kasecie) Vadera, które pomogło im zdobyć rozpoznawalność w świecie death metalu. Nagrano je w jedynym wówczas — jak słyszymy ze sceny — sensownym studiu muzycznym w Olsztynie, mieszczącym się w siedzibie Polskiego Radia. Sesję poprowadził wtedy znakomity radiowy realizator Włodzimierz Iljaszewicz — i nie jest to jedyne olsztyńskie nazwisko przewijające się w spektaklu.
Obok mnie siedział na widowni, także wspomniany w spektaklu, Waldemar Ziarek, pierwszy menedżer zespołu — żywa legenda olsztyńskiej sceny metalowej, obecność której podkreślała autentyczność opowiadanej historii. — Mocno wierzyłem w tę muzykę. Tak samo jak i Petera fascynuje mnie ona do tej pory. To jest coś jak potrzeba organizmu — opowiedział mi między innymi.

Spektakl nie jest jedynie biografią, ale może przede wszystkim opowieścią o przekraczaniu granic i determinacji w realiach PRLu, odciętego od świata słynną Żelazną Kurtyną. Autorzy dobrze oddali ducha czasów bez internetu i telefonów komórkowych, gdy jedyną drogą do kariery było fizyczne nagrywanie kaset i wysyłanie ich pocztą do wytwórni z nadzieją na odpowiedź po miesiącach wyczekiwania. Nota bene, żeby mieć je na czym nagrać, musieli w ówczesnej rzeczywistości permanentnego braku wszystkiego kupować w sklepach taśmy zespołów folklorystycznych, nagrywać je swoją muzyką i naklejać na nich wyprodukowane na ksero papierowe koszulki.
I to uparte rozsyłanie kaset przyniosło nareszcie efekty. Paul „Digby” Pearson, szef brytyjskiej wytwórni Earache Records, przysłał do nich pocztą słynne — wielokrotnie potem cytowane w różnych źródłach — trzy słowa: „I want Vader”. Przedstawienie wieńczy „Dark Age” — mroczny kawałek z przełomowej płyty Vadera The Ultimate Incantation, która otworzyła zespołowi okno na świat. To wtedy rozpoczęła się wielka, międzynarodowa kariera upartych chłopaków z Olsztyna.
Dla społeczności Olsztyna ma spektakl Mana wymiar niemal tożsamościowy. Prezydent miasta Robert Szewczyk oraz fani z dzielnicy Nagórki wspominali podczas popremierowego bankietu, że dorastali z muzyką Vadera „z tyłu głowy”, słuchając prób zespołu w domu kultury „Muza”. Sam Piotr Wiwczarek nie krył lekkiego wzruszenia:
— Dziś metal stał się częścią popkultury, ale w latach 80. był muzyką buntu, czymś absurdalnym dla wielu. Choć gramy na stadionach, osobiście wolę mniejsze kluby, gdzie czuję emocje i widzę twarze publiczności. Obecnie jesteśmy zajęci koncertami: wracamy do Stanów Zjednoczonych, jedziemy do Ameryki Południowej, a trasę w Australii przełożyliśmy na listopad z powodu sytuacji na Bliskim Wschodzie. Skupiamy się też na rocznicach starych płyt, bo młode pokolenia chcą ich słuchać. Jeśli chodzi o spektakl, uważam, że Tomasz Man świetnie oddał ducha zespołu.











Komentarze (0)
Dodaj swój komentarz