Spektakl Izy Kościeszy (scenariusz i choreografia) oraz Jarka Kordaczuka (muzyka) wyrasta z pracy z ciałem i ruchem. To teatr, który zaczyna się tam, gdzie słowa przestają nadążać. Kościesza prowadzi aktorów w stronę napięć, które pojawiają się między ludźmi zamkniętymi w jednej przestrzeni. Kordaczuk - profesjonalny kompozytor i twórca olsztyńskiej Wytwórni Zdarzeń Sonokinetycznych - nadaje temu światu rytm, puls i niepokojący oddech. Teatr fizyczny to forma sceniczna, w której ciało aktora - jego ruch, gest i napięcie — staje się głównym nośnikiem znaczeń, a słowo pełni jedynie rolę uzupełniającą.
W programie spektaklu czytamy:
„Sześć osób wyrywanych z codzienności. Zamknięta przestrzeń. Brak kontaktu z tym, co na zewnątrz. Schron, który miał dawać bezpieczeństwo, szybko przestaje być miejscem bliskości. Wymuszona bliskość odbiera prywatność i intymność. Nie ma dokąd uciec - ani od innych, ani od siebie.”
Ta zapowiedź nie kłamie. Na scenie widzimy ludzi, którzy tracą dystans - do siebie, do innych, do sytuacji. Relacje powstają i rozpadają się w przyspieszonym tempie. To, co niewidoczne, wychodzi na powierzchnię. Każde spojrzenie zaczyna ważyć więcej, każdy gest staje się impulsem, który może uruchomić lawinę.
Minimalistyczna scenografia - kilka siedzisk z dykty, butelka alkoholu - nie jest dekoracją, lecz komentarzem. W tej przestrzeni ciało staje się jedynym narzędziem opowieści. Alkohol - jedyną dostępną ulgą.
Scena mechanicznej pracy - echo „Metropolis”
Jedna z najmocniejszych scen spektaklu to sekwencja pracy: aktorzy poruszają się synchronicznie, w rytmie narzuconym przez ostre, pulsujące sygnały dźwiękowe. Ręce, torsy, głowy - wszystko działa jak elementy jednego mechanizmu. To znów człowiek jako trybik w maszynie, obraz niemal żywcem wyjęty ze słynnego Metropolis Fritza Langa - jednego ze sztandarowych dzieł niemieckiego ekspresjonizmu filmowego (1927). Tak samo bezduszny rytm. Tak samo powtarzalność. Tak samo utrata indywidualności. Kościesza i Kordaczuk nie cytują Langa wprost - ale ich scena jest współczesnym odpowiednikiem tamtej wizji: człowiek wciągnięty w rytm, którego nie kontroluje, a który go pochłania.
Futuryści kontra ekspresjoniści - i gdzie w tym „niePokój”
W tej scenie odbija się także spór sprzed stu lat: futuryści afirmowali prędkość, technikę, nowoczesność, wiarę w nadchodzące czasy, podczas gdy niemieccy ekspresjoniści widzieli tę samą przyszłość w czarnych barwach - i, niestety, proroczo. „niePokój” stoi dokładnie pomiędzy tymi tradycjami: ma w sobie futurystyczny rytm, energię, puls, ale jego emocjonalny ton jest bliższy ekspresjonistycznemu lękowi przed światem, który przyspiesza szybciej, niż człowiek jest w stanie oddychać.
I tu rodzi się pytanie, którego nie sposób uniknąć: czy inscenizacja Kościeszy i Kordaczuka jest tylko artystyczną wizją, czy również formą współczesnego „mrocznego profetyzmu”?
Muzyka jako tętno spektaklu
Najmocniejszym elementem spektaklu jest muzyka. Kordaczuk nie ilustruje scen - on je wywołuje. Mocne sygnały dźwiękowe nadają rytm całości, jakby świat przedstawiony miał własne tętno. Pulsująca narracja muzyczna prowadzi widza przez kolejne warstwy napięcia. To dźwięk, który nie pozwala odetchnąć, ale też nie pozwala odwrócić wzroku.
Finał
W miarę jak spektakl się rozwija, wspólnota zaczyna pękać. Bliskość staje się ciężarem. Reakcje - zaskoczeniem. Granice przesuwają się szybciej, niż bohaterowie są w stanie to zauważyć. Niepewność z zewnątrz przenika do środka, a napięcie narasta jak ciśnienie w zamkniętym pomieszczeniu. Wreszcie pojawia się przysłowiowa „flaszka”, dając chwilę radości i wytchnienia od codziennego pulsowania. Potem pozostaje już tylko śmiać się z samych siebie - ludzi uwikłanych w cyfrowy kierat współczesności. A potem jeszcze walczyć między sobą nie wiadomo o co.
Pamiętacie słynne Jajo węża Ingmara Bergmana z 1977 roku? Tam także nie chodziło przecież wyłącznie o rodzący się totalitaryzm, ale o ludzi postawionych w sytuacji, nad którą przestają panować. O zamknięcie, poczucie osaczenia i napięcie, które stopniowo odbiera zdolność spokojnego myślenia. Gdy człowiek nie może uderzyć w źródło własnego lęku, zaczyna kierować go gdzie indziej - przeciwko tym, którzy znajdują się najbliżej.
Resztę robi już frustracja, plotka i potrzeba znalezienia winnego.
A potem jeszcze czeka wszystkich totalny smutek, jak w kultowym Czekając na Godota Samuela Becketta - ta szczególna mieszanina bezradności i oczekiwania, które nigdy się nie spełnia. A na końcu jeszcze jakiś obłąkany taniec, który prowadzi do czarnej rozpaczy. I co jakiś czas wybija wszystkich z tego "godotowskiego rytmu” gwałtowny sygnał dźwiękowy. Czy to jakieś niebezpieczeństwo? Nie wiadomo. A skoro nie wiadomo, co z tym zrobić, trzeba w końcu odreagować: wygnać kogoś ze swojego grona, potem kogoś kolejnego i jeszcze jednego. A później, oczywiście, koniecznie go obgadać.
Plotka narasta i wszechobecny znak naszych czasów - smartfon - ułatwia "puszczenie jej w eter". Wreszcie przychodzi czas na sztukę. Przez chwilę uczestniczki dramatu cieszą się twórczością plastyczną ale znowu wszystko kończy się tym dramatycznym sygnałem grozy, który nie wiadomo co zapowiada. To chyba memento twórców tego spektaklu dla nas wszystkich, uwikłanych w 21-wieczny cyfrowy świat. Kościesza i Kordaczuk wołają do nas ze sceny: „Obudźcie się”.
„niePokój” nie daje żadnej odpowiedzi na stawiane przez siebie dramatyczne pytanie, które zostaje z widzem na długo: co się z nami dzieje, kiedy nie mamy dokąd uciec - ani od innych, ani od siebie?










Komentarze (0)
Dodaj swój komentarz