Skarb znaleziony w Pieniężnie

Skarb znaleziony w Pieniężnie
Widok z lotyu ptaka na warmińskie Pieniężno
Fot. Miasto Pieniężno

"Skarb" znaleziony został w Pieniężnie (niewielkim warmińskim miasteczku) grubo ponad dwadzieścia lat temu. I z tamtego też okresu pochodzi niniejszy reportaż, który poniżej publikujemy. Jakże jednak jest ciągle aktualny. Nawet mieszkańcy Pieniężna idąc na cmentarz, odwiedzić groby bliskich, co i rusz wspominają w swoich rozmowach tą starą historię. Bo wiadomo, znaleźć skarb to jest to.

Gdy tak człowiek kilka lat na spychaczu pracuje, to, gdyby tylko chciał i do pisania miał ochotę, doktorat z archeologii szybciej by zrobił niż te, pożal się Boże, magistry, co z pędzelkami i szpachelkami historię odgrzebują. No, bo przed takim lemieszem ziemia nie śmie i nie może mieć tajemnic. Wszystko ujawnia. Stare garnki, skorupy butelek po wódce, jakieś hełmy, pokręcone żelastwo, słowem wszystko wyrzucane jest na wierzch. Kiedy więc równając teren pod przyszły cmentarz komunalny w Pieniężnie Grzegorz Albowicz natrafił na metalowy pojemniczek, z którego wysypały się krążki monet, wielkiego zdziwienia nie okazał. Wyszedł z maszyny, wziął ich parę do ręki i z wielką przykrością stwierdził, że znów złoto koło nosa mu przeszło, a to, co trzyma, to nędzne miedziaki. Jednak człowiek z niego porządny, postanowił nie drażnić nieboszczyków zostawionymi monetami. Pozbierał to, co leżało na ziemi, w kieszeń włożył, i jako że godzina ku fajrantowi się zbliżała, zamknął spychacz i udał się do pobliskiej knajpy.

Restauracja - z wyszynkiem plus zakąska - "Wałsza", najważniejszy lokal w miasteczku tętniła życiem. W oparach piwa i tytoniowego dymu rozważano właśnie ostatnie rewelacje polityczne przedstawiane przez Radio Wolna Europa i cięte repliki rzecznika prasowego rządu, niejakiego Jerzego Urbana. Zdania były podzielone, jak to zwykle w takich sprawach bywa. I właśnie wtedy wszedł do "Wałszy" Albowicz. Zamówił piwo, postawił i, by zmienić temat sięgnął ręką do kieszeni.

- Patrzcie co dzisiaj na przyszłym cmentarzu znalazłem - powiedział pokazując metalowe krążki z hitlerowską "gapą".

- Phi - odrzekli siedzący współtowarzysze. - Hitlerowskimi miedziakami to ty nawet za małe piwo nie zapłacisz. Polskie mieć, albo stare, złote, to jest coś.

Znaleźli się jednak w "Wałszy" domorośli numizmatycy, gotowi zaryzykować i kupić znalezione miedziaki. Ceny początkowo nie były wygórowane, ale potem podbito wartość monet do kilku setek za sztukę. Rozeszła się, bowiem wieść, że niemieckie miedziaki zrobione są ze srebrnego kruszcu.

- Jak się zorientowałem, że skarb mam w kieszeni - mówił potem operator spychacza. - To dopiwszy ostatnie piwo wybiegłem na pole, by szukać tych, które musiały w ziemi zostać. Niestety, pobiegłem za późno. Już tam jakaś konkurencja bronę za traktorem ciągała i po każdym przejeździe rzucała się, by srebrne krążki zbierać. Musieli być dobrze zorganizowani, bo gdy część biegła, reszta pilnowała gapiów, by na srebrną działkę się nie wkradli.

Ale na szczęście traktorzysta musiał fuchę kończyć. Na opuszczone pole rzucił się kto żyw. Podświadome zdolności organizacyjne, tkwiące w naszym narodzie, dały znać o sobie natychmiast. Przyszły cmentarny teren w try miga podzielono na niewielkie działki. Wzorem poszukiwaczy złota z Alaski, nie czekając na Londona, który by ich opisał, rzucili się ludziska ryć ziemię w poszukiwaniu monet. Strefy wpływów były ściśle wytyczone i utrzymywane przy pomocy grabi, kopaczek i łopat. Za próbę wtargnięcia groził samosąd.

Tak opisuje poszukiwania ich uczestnik, 10-letni wtedy Jurek Jarkowski: - Mnie się nie poszczęściło. W "Wałszy" nie byłem, gdy o monetach mówiono no i nie zdążyłem od razu zająć lepszej działki. W końcu i mnie się udało kawałek ziemi znaleźć, ale rękami trudno w ziemi ryć, a nie miałem żadnego narzędzia. Wysłałem młodszą siostrę do domu z informacją i żeby mi łopatę, bądź grabki przyniosła. Siostra poszła, długo jednak nie wracała.

Ryzykując utratę wywalczonej działki nasz młody poszukiwacz ruszył do domu sam. Kiedy wrócił przyszły cmentarz roił się od żywych. Udało mu się odzyskać, zajęty uprzednio, kawałek gruntu. Mimo, iż kopał długo, nic nie mógł znaleźć.

- W końcu zrezygnowany chciałem wracać do domu i wtedy zobaczyłem pierwszą monetę. Tak mnie zaczarowała, że nie mogłem się po nią schylić, a kiedy już mogłem to ktoś na niej trzymał nogę - mówił.

W ostatecznym rezultacie łupem Jurka stały się cztery srebrne pięciomarkówki. Mimo, że od czasu fajrantu operatora spychacza minęło kilka godzin, ludzie ciągle nie rezygnowali. Każda kolejna wykopana z ziemi moneta podnosiła napięcie. Rósł nastrój tajemniczości i wielkich skarbów. Główną uwagę poszukiwacze zwrócili na pobliski zamek.

- O panie, w tych ruinach to muszą by cuda! - entuzjazmował się uzbrojony w ogrodniczą kopaczkę, 60-latek. Tam by pogrzebać. Pewnie by nie taki hitlerowski szajs człowiek wykopał, ale stare, złote monety.

Do jego słów dołączyli się następni. Rosła mroczna legenda, a ilość monet na polu topniała. Coraz dłużej trzeba było chodzić, grzebać, by natrafić na kolejny srebrny krążek. Na drugi dzień rano obudziło się miasteczko pełne opowieści o wczorajszym skarbie. Opowieści o tych, co na srebrnych monetach majątek zrobili. Rosła ilość wydobytych monet. Wiadro, dwa wiadra, dziesięć wiader... Na polu jednak nie zjawił się nikt, no może kilku "mikrusów" z nosami wścibionymi w rozdeptany grunt. Gorączka srebra jak wybuchła tak opadła. Naczelnik miasta, osoba urzędowa, mówił ważąc słowa.

- O odkryciu monet wiedzieliśmy, nie był to jednak żaden historyczny skarb. Trudno więc by angażować w to autorytet władz.

Na komendzie milicji dość mieli problemów doczesnych, by zajmować się cmentarnymi odkryciami. Meldunek o sprawie przyjęto. Wszczęto postępowanie nakazane przepisami. Przesłuchano kogo trzeba. Ustalono, że cały skarb składał się z nie więcej niż 500 sztuk srebrnych markówek. Większe problemy były z tymi, którzy w srebrze chcieli ulokować swoje oszczędności. Niektórzy grubsze sumy złotówek zapłacili odkrywcom, a ci musieli swój skarb oddać w milicyjny depozyt, aż do wyjaśnienia, kto jest prawowitym ich właścicielem.

Na terenie zaś przyszłego cmentarza spychacz nie miał już nic do roboty. Wyręczyli go poszukiwacze.

Krzysztof Szczepanik

Od autora: Historia powyższa zdarzyła się już ładnych kilka lat temu, ale czyż nie przyjemnie wziąć udział (choćby i tylko poprzez uważną lekturę) w poszukiwaniu skarbów.

 

Tagi: Pieniężno

Komentarze (4)

Dodaj swój komentarz