Trafić milion - podróż do marzeń

Trafić milion - podróż do marzeń
Zdjęcie ilustracyjne do tekstu
Fot. Shutterstock

Rozmowa z miłośnikiem totkowego hazardu, olsztynianinem Henrykiem W.

Grasz, grasz, no i co z tego masz? - pytam.

- Zwrot kosztów podróży do marzeń.

A jakież to marzenia?

- Główna wygrana w którejś z gier liczbowych.

Czy mam przez to rozumieć, że grając w totka nic nie tracisz, a nawet zyskujesz?

- Tak...

Jak grać, by nie tracić?

- Wybierać sześć z czterdziestu dziewięciu zacząłem 40 lat temu i wtedy skreślając liczby z "sufitu", udało mi się wygrać 15 tysięcy. Była to duża suma. Całość przeznaczyłem na dalsze granie.

Do tej pory w obstawianiu korzystasz z własnej tylko intuicji?

- Znalazłem starą książkę "Systemy toto", w której pełno było różnych interesujących kombinacji. Początkowo starałem się wiernie odwzorowywać na kuponach systemy z książki. Nawet marnej trójki nie "chwyciłem". Wziąłem się, więc sam za opracowywanie systemów. Czy to one były tak doskonałe, czy też wróciło do mnie szczęście, faktem jest, że znów zacząłem wygrywać. Nie były to jakieś wielkie sumy, ale kilka tysiączków do przodu byłem zawsze.

Systemy systemami, ale przecież trzeba do nich podstawić konkretne liczby.

- Cały czas prowadzę tabelę częstotliwości wylosowania poszczególnych numerów. W archiwach znalazłem najstarsze nawet losowania, te z lat pięćdziesiątych. Notowałem także inne zależności między poszczególnymi liczbami. 

A czy cała ta buchalteria i pomaganie sobie rachunkiem prawdopodobieństwa pomaga w grze?

- Najważniejszy jest jednak "nos". Kiedyś przyśniły mi się numery, które mają być wylosowane najbliższej niedzieli. Wykupiłem jeden zakład i …wpadła "czwórka".

Ile najwięcej za jednym zamachem przegrałeś?

- Osiemdziesiąt tysięcy, ale tych z lat osiemdziesiątych. To były dwie moje pensje w olsztyńskim „Stomilu”. Zagrałem wtedy ostro, bo wydawało mi się, że nos mnie nie zawiedzie. Gorzej jednak było jeszcze innym razem, także w tamtych czasach, gdy przez miesiąc, tydzień w tydzień "moczyłem" po trzydzieści tysięcy.

Kiedy postawiłeś najwięcej?

- Tuż po denominacji, gdy obstawiłem system za prawie 2 tysiące nowych złotych. Rezultat? Dziesięć "czwórek" i cała masa "trójek". W sumie, zarobiłem na czysto...sto złotych.

Gry liczbowe to przede wszystkim kalkulacje i duża doza szczęścia. Trochę inaczej jest chyba w totku piłkarskim?

- Wbrew pozorom i tu trzeba dużo kombinować. Trudno liczyć na wygraną przy zawarciu dwóch  - trzech zakładów. Trzeba także stosować systemy. A więc znów rachunek prawdopodobieństwa. Oczywiście na piłce też trzeba się znać. Ja na przykład zawsze bardzo dokładnie analizowałem sytuację w lidze angielskiej. Bo polska jakoś mnie nie przekonuje.

Przecież mówiłeś, że przede wszystkim matematyka...

- Ale przy obstawianiu pewniaków trzeba się znać nie tylko na matematyce. Z drugiej strony czasami, jeśli na danej pozycji przez trzy ostatnie tygodnie zwyciężali goście, to choćby wszystko wskazywało, że w danym tygodniu powinni wygrać gospodarze opłacało mi się postawić znów na drużynę przyjezdną. Dzięki temu kiedyś "złapałem" zwycięstwo ostatniego w tabeli Bolton w wyjazdowym meczu nad prowadzącym zdecydowanie w rozgrywkach Manchesterem United.

Starzy totkowicze często wspominają, jak to wypełniali kupon, potem zapominali go wysłać, a po losowaniu okazało się, że mogli zostać milionerami.

- Ja też miałem podobny wypadek. Zapomniałem pójść do kolektury, gdyż akurat przyjechali goście. Mogłem wtedy wygrać, a był to początek lat dziewięćdziesiątych, miliard.

Byłeś zły na gości?

- Raczej na siebie. Jeszcze tego samego dnia wybrałem się do salonu gier i ... wygrałem pięćset tysięcy.

Wyszedłeś z wygraną czy dalej grałeś?

- Grając w cokolwiek, trzeba wiedzieć kiedy skończyć.

Kiedy więc dasz sobie spokój z "Totalizatorem"?

- Gdy trafię główną wygraną.

 

Tekst ten powstał już ponad dwadzieścia lat temu. Ponieważ temat wydaje się ciągle na czasie, postanowiłem zadzwonić do Henryka W. Ma on się dobrze, ale upragnionej głównej wygranej nie „zaliczył”, z drugiej strony czuje się już nieco wyobcowany z tych współczesnych, jakże licznych zakładów, loterii… Stał się więc wielkim fanem „Eurojackpot”.

- Nie mogę grać we wszystko, bo los bywa szczęśliwy raz – to obecne credo Henryka W. A ja chcę wygrać raz, a dobrze… Jakiś milion czy nawet 5, w tradycyjnego lotka oznaczało by, że już szans nie mam na 400 milionów w „Eurojackpot”.

Czy korzystasz nadal z systemów czy też grasz „na chybił trafił”?

- Obecnie nie mam już serca do ciągłych analiz. Zasada jest więc taka, że obstawiam ciągle ten sam zestaw liczb. Bo przecież kiedyś muszą się powtórzyć!

 

Trzymamy więc kciuki by te miliony trafiły do olsztynianina.

Krzysztof Szczepanik

Komentarze (4)

Dodaj swój komentarz

  • Ediska 2020-06-25 11:34:03 5.173.*.*
    Wakacje kiedyś rezerwowałam z biurem turystycznym travelplanet.pl
    Odpowiedz Przenieś Oceń: 0 0
  • Podatek od marzeń 2020-05-04 07:47:34 37.47.*.*
    Nie chcę nikogo obrażać ale ten "wywiad" to kompletna bzdura. Nie warto marnować czasu na czytanie. Opieranie swoich zakładów na podstawie wcześniejszych losować to całkowity brak podstaw matematyki. Ot takie pisanie dla pisania.
    Odpowiedz Przenieś Oceń: 4 1
  • Ot 2020-05-03 23:33:35 89.228.*.*
    miało być lepiej a jest szambo że ho ho
    Odpowiedz Przenieś Oceń: 2 2
  • MP 2020-05-03 22:35:56 88.156.*.*
    Wałęsa i PZPR-PO więcej przytulili w latach 91-93
    Odpowiedz Przenieś Oceń: 3 3