Trafić milion

Rozmowa z miłośnikiem totkowego hazardu, olsztynianinem Henrykiem

 

- Zwrot kosztów podróży do marzeń.

- A jakież to marzenia?

- Główna wygrana w którejś z gier liczbowych.

- Czy mam przez to rozumieć, że grając w totka nic nie tracisz, a nawet zyskujesz?

- Tak...

- Jak grać, by nie tracić?

- Wybierać sześć z czterdziestu dziewięciu zacząłem dwadzieścia osiem lat temu i wtedy skreślając liczby z "sufitu", udało mi się wygrać 15 tysięcy. Była to duża suma. Całość przeznaczyłem na dalsze granie.

- Do tej pory w obstawianiu korzystasz z własnej tylko intuicji?

- Znalazłem starą książkę "Systemy toto", w której pełno było różnych interesujących kombinacji. Początkowo starałem się wiernie odwzorowywać na kuponach systemy z książki. I nawet marnej trójki nie "chwyciłem". Wziąłem się, więc sam za opracowywanie systemów. Czy to one były tak doskonałe, czy też wróciło do mnie szczęście, faktem jest, że znów zacząłem wygrywać. Nie były to jakieś wielkie sumy, ale tysiąc, dwa do przodu byłem zawsze.

- Systemy systemami ale przecież trzeba do nich podstawić konkretne liczby. Cały czas prowadzę tabelę częstotliwości wylosowania poszczególnych numerów. W archiwach znalazłem najstarsze nawet losowania te z lat pięćdziesiątych. Notowałem także inne zależności między poszczególnymi liczbami. 

- A czy cała ta buchalteria i pomaganie sobie rachunkiem prawdopodobieństwa pomaga w grze?

- Najważniejszy jest jednak "nos". Kiedyś przyśniły mi się numery, które mają być wylosowane najbliższej niedzieli. Wykupiłem jeden zakład i …wpadła "czwórka".

- Ile najwięcej za jednym zamachem przegrałeś?

- Osiemdziesiąt tysięcy, ale tych z lat osiemdziesiątych. To były dwie moje pensje w olsztyńskim „Stomilu”. Zagrałem wtedy ostro, bo wydawało mi się, że nos mnie nie omyli. Gorzej jednak było jeszcze innym razem także w tamtych czasach, gdy przez miesiąc, tydzień w tydzień "moczyłem" po trzydzieści tysięcy.

- Kiedy postawiłeś najwięcej?

- Tuż po denominacji, gdy obstawiłem system za prawie 2 tysiące nowych złotych.

Rezultat? Dziesięć "czwórek" i cała masa "trójek". W sumie, zarobiłem na czysto...sto złotych.

- Gry liczbowe to przede wszystkim kalkulacje i duża doza szczęścia. Trochę inaczej jest chyba w totku piłkarskim?

- Wbrew pozorom i tu trzeba dużo kombinować. Trudno liczyć na wygraną przy zawarciu dwóch  - trzech zakładów. Trzeba także stosować systemy. A więc znów rachunek prawdopodobieństwa. Oczywiście na piłce też trzeba się znać. Ja na przykład zawsze bardzo dokładnie analizowałem sytuację w lidze angielskiej.

- Przecież mówiłeś, że przede wszystkim matematyka...

- Ale przy obstawianiu pewniaków trzeba się znać nie tylko na matematyce. Z drugiej strony czasami, jeśli na danej pozycji przez trzy ostatnie tygodnie zwyciężali goście, to choćby wszystko wskazywało, że w danym tygodniu powinni wygrać gospodarze opłacało mi się postawić znów na drużynę przyjezdną. Dzięki temu kiedyś "złapałem" zwycięstwo ostatniego w tabeli Bolton w wyjazdowym meczu nad prowadzącym zdecydowanie w rozgrywkach Manchesterem United.

- Starzy totkowicze często wspominają, jak to wypełniali kupon, potem zapominali go wysłać, a po losowaniu okazało się, że mogli zostać milionerami.

- Ja też miałem podobny wypadek. Zapomniałem pójść do kolektury, gdyż akurat przyjechali goście. Mogłem wtedy wygrać, a był to początek lat dziewięćdziesiątych, miliard.

- Byłeś zły na gości?

- Raczej na siebie. Jeszcze tego samego dnia wybrałem się do salonu gier i ... wygrałem pięćset tysięcy.

- Wyszedłeś z wygraną czy dalej grałeś?

- Grając w cokolwiek , trzeba wiedzieć kiedy skończyć.

- Kiedy więc dasz sobie spokój z "Totalizatorem"?

- Gdy trafię główną wygraną.

 

Grasz, grasz, no i co z tego masz? 

 

Źródło: Krzysztof Szczepanik

Komentarze (13)

Dodaj swój komentarz