Marcin Merchel jest absolwentem kierunku Analiza i Kreowanie Trendów na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie. Wraz z 4-osobowym zespołem sporządził raport „Wojna o zaufanie. Biały fartuch jako broń dezinformacji zdrowotnej”, który zajął 1. miejsce w ogólnopolskim konkursie DISINFOHACK 2026 organizowanym przez Ośrodek Analizy Dezinformacji NASK. Grupa poddała analizie reklamy pseudomedycznych preparatów w sieci.
Jak zauważa Marcin Merchel, problem dezinformacji w obszarze pseudomedycznych preparatów istnieje już od co najmniej kilkunastu lat, a na oferty “łapie się” coraz więcej osób. W ciągu ostatniego dwudziestolecia zmieniło się jedynie źródło publikowania reklam - dawniej była to telewizja, teraz ułamek jest w kolorowej prasie, ale głównym źródłem pozyskania klienta przez oszustów stał się internet. - Problem dotyczy praktycznie całego społeczeństwa. Każdy z nas był, jest lub będzie chory albo ma kontakt z osobą, która jest chora - wskazuje.
Na takie reklamy nie są narażeni już tylko seniorzy, mimo że to ich najczęściej typuje się jako głównych odbiorców ze względu na to, że statystycznie częściej chorują. Z analizy pana Marcina i jego zespołu wynika, że coraz częściej zainteresowanie ofertami wykazują 30- czy 40-latkowie, zmagający się z różnego typu dolegliwościami i stale korzystającymi z internetu.
Szarlatani obiecują, chory się nabiera
Oszuści doskonale opanowali proces zdobywania klienta, tak by osiągnąć swój cel, czyli sprzedaż. Jak mówi autor raportu o dezinformacji, wszystkie reklamy bazują na emocjach, głównie lęku ludzi, którzy boją się o swoje zdrowie i życie. Trafiają do tych, którzy szukają dla siebie szansy na leczenie i nadziei, a tradycyjna medycyna ich zawiodła. - Z początku zawsze następuje ukazanie problemu, a potem pojawiają się gotowe rozwiązania i obietnice. Np. “Jesteś diabetykiem i ciągle źle się czujesz? Nasz produkt ci pomoże i zobaczysz zauważalną poprawę.” - wyjaśnia.
Na co więc zwrócić uwagę, by nie stać się ofiarą scamu? Po pierwsze - fałszywe budowanie autorytetu. Wizerunek lekarza w okularach i białym fartuchu, z zawieszonym na szyi stetoskopem z miejsca budzi zaufanie i jest obietnicą profesjonalnej pomocy. Niestety, występujący w takich reklamach to najczęściej aktorzy, celowo przebrani w atrybuty medyków. Zdarza się, że sprzedający posuwają się nawet do przypisywania tym aktorom tytułu “doktora” lub “specjalisty”.
Po drugie - czerwona lampka powinna zapalić się, gdy w reklamie widzimy nazwy określonych instytucji medycznych czy badawczych. Wtedy warto sprawdzić, czy dane miejsce działa naprawdę i czym dokładnie się zajmuje (np. czy przyznaje określony tytuł).
Wzbudzić nasze podejrzenia może nawet szata graficzna strony internetowej. - Strony z pseudomedycznymi preparatami często wyglądają jak witryny rządowe czy NFZ. Minimalizm, podobne czcionki, granatowe logo, białe tło - takie podobieństwa zauważyliśmy w trakcie przygotowywania raportu - wymienia Marcin Merchel. Jeśli danej osobie chociaż raz wyświetli się taka reklama niezbadanej substancji i wykaże ona nią zainteresowanie, to algorytm zacznie wyświetlać ich coraz więcej, a internauta wpadnie w pseudomedyczną “bańkę”.
Sprzedawcy kuszą także promocjami i nośnymi hasłami. “Limitowana oferta”, “tylko dziś za połowę ceny” - to przykłady takich sloganów. - Oszuści chcą wywołać efekt “utraconej szansy”. W ich hasłach z reguły pojawia się słowo “tylko” zachęcające do zakupu natychmiast, ze względu na to, że potem warunki oferty mają się zmienić na mniej korzystne. A ludzie z natury nie lubią tracić szans, szczególnie gdy skorzystanie z nich jest tak łatwe i polega tylko na kilku kliknięciach myszką - wyjaśnia rozmówca Olsztyn.com.pl.
Rynek pseudo medycyny jak sekta
Kupione z nieokreślonego źródła preparaty to z reguły neutralne proszki np. mąka. Jeśli jakiejś osobie po ich zażyciu poprawi się stan zdrowia - to efekt placebo. Na forach tematycznych zaczynają pojawiać się pojedyncze głosy rozczarowania po zażyciu tajemniczych produktów, jednak wciąż takie opinie są w mniejszości. - Zdanie takich osób jest negowane przez większość uczestników, którzy zagorzale bronią szarlatanów. To podobny mechanizm jak w przypadku sekty. Osoby, które zauważyły problem, są przekrzykiwane przez większość, która wspiera pseudo doktorów - dowiadujemy się od Marcina Merchela.
Raport, który pan Marcin przygotował wraz ze swoim zespołem na razie nie został opublikowany. Zespół planuje jednak stworzyć ogólnodostępne materiały edukacyjne opisujące jak chronić się przed oszustwami dotyczącymi pseudomedycznych preparatów. - Największym problemem jest to, że w reklamach tych produktów często nie ma oparcia na manipulacji, którą o wiele łatwiej jest zdemaskować. W reklamach, o których mówimy, język jest naturalny, ludzki, mogący sugerować, że osoba widoczna na zdjęciu chce nam autentycznie pomóc. Ona nie oczekuje od nas, że kupimy produkt, tylko daje komunikat: “chcę dla ciebie dobrze, zaufaj mi” - kończy Merchel.
Czy "Lex Szarlatan" wejdzie w życie?
Przypomnijmy, że 3 lipca br. Sejm uchwalił tzw. Lex Szarlatan, czyli nowelizację ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta. Nowe przepisy mają skuteczniej chronić pacjentów przed pseudomedycyną, dezinformacją i działalnością osób podszywających się pod specjalistów medycznych. Nowelizacja m.in. wzmacnia kompetencje Rzecznika Praw Pacjenta, który będzie mógł szybciej reagować na nielegalne i niebezpieczne praktyki. Nowe przepisy przewidują też wyższe kary - do 1 mln zł za naruszanie zbiorowych praw pacjentów oraz do 100 tys. zł za brak współpracy z Rzecznikiem.
Na dzień publikacji tego tekstu prace nad ostatecznym kształtem ustawy trwają w Senacie. W dyskursie publicznym pojawia się jednak coraz więcej głosów przeciwnych nowym przepisom. Pochodzą one m.in. od środowisk związanych z homeopatią czy naturopatią. Nowelizację popierają z kolei działająca przy MZ Rada Organizacji Pacjentów, Ogólnopolska Federacja Onkologiczna czy samorząd lekarski.







Komentarze (3)
Napisz komentarz