Prof. Wojciech Maksymowicz: Nie chciałem być niewolnikiem i przyklaskiwać władzom uczelni [WYWIAD]

Prof. Wojciech Maksymowicz: Nie chciałem być niewolnikiem i przyklaskiwać władzom uczelni [WYWIAD]
Profesor Wojciech Maksymowicz
Fot. Cezary Kapłon / Olsztyn.com.pl

O stanie olsztyńskiej medycyny oraz sytuacji na uniwersytecie rozmawialiśmy z prof. Wojciechem Maksymowiczem. Urodził się we Włocławku, ale wraz z rodzicami przeniósł się do Olsztyna. Następnie wybrał się na studia medyczne do Warszawy, które ukończył w 1980 roku. Do Olsztyna wrócił na krótko w 1992 roku. Następnie wrócił do stolicy, gdyż został ministrem zdrowia w rządzie Jerzego Buzka. W 2007 roku ponownie przeniósł się do Olsztyna. Zorganizował tutaj i objął pieczę nad Wydziałem Nauk Medycznych. Jako neurochirurg został także kierownikiem Kliniki Neurochirurgii w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Olsztynie. W ostatnim czasie popadł w konflikt z władzami UWM i w czerwcu odszedł ze stanowiska prorektora ds. Collegium Medicum.

- W ciągu trzech lat działalności kliniki „Budzik dla dorosłych” zostało wybudzonych 15 osób. To sukces lekarzy, pielęgniarek, całego zespołu.

- Jest to praca zespołowa. Trzeba było mieć zaczyn, żeby to stworzyć. I tutaj pojawiła się pani Ewa Błaszczyk ze swoją misją. Dzięki niej udało się stworzyć warunki dla wielu pacjentów w śpiączce. Otworzyła mi oczy. My, neurochirurdzy, zajmujemy się pacjentami, którzy potrzebują natychmiastowej pomocy. Później trafiają do oddziałów intensywnej terapii. Następnie dochodzą do siebie w warunkach opiekuńczych wsparci przez dochodzeniowe służby pomocy. Dopiero po rozmowie z nią, zastanowiłem się, jakie są dalsze losy tych chorych. Czy pomoc jest wystarczająca? Tak nie jest. To między innymi dlatego Ewa Błaszczyk postanowiła im pomagać. Wspólnie doszliśmy do wniosku, żeby stworzyć ośrodek pomocy dla takich osób.
Zaczęliśmy od projektu. Wtedy chodziło o przygotowanie rozporządzenia dla możliwości leczenia dzieci w śpiączce. To najbardziej ją poruszyło. Równolegle dążono do utworzenia „Budzika” na terenie Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Fundacja „Akogo?” borykając się z kłopotami finansowymi, w końcu doprowadziła do zbudowania tego nowoczesnego, pierwszego w Polsce całościowo działającego obiektu. Pani Ewa zaraziła mnie tą inicjatywą. Pomagałem przy tworzeniu tamtego projektu.

W końcu zrodził się pomysł, żeby stworzyć taką klinikę dla dorosłych. Starszych pacjentów jest dużo więcej niż dzieci. Jednocześnie trzeba pamiętać, że czasami jest trudniej wybudzić takie osoby, bo plastyczność mózgu, zdolność do regeneracji jest trochę większa w wieku dziecięcym. Stworzyliśmy projekt, którego byłem współautorem. Nie mieliśmy pieniędzy na budowę czegoś zupełnie nowego. Tak się szczęśliwie złożyło, że jak powstał nowy budynek olsztyńskiego szpitala uniwersyteckiego, to zwolniło się miejsce po dawnym oddziale neurologicznym i za niewielkie pieniądze udało mi się namówić uniwersytet na zrobienie remontu, który kosztował ponad 400 tys. zł. Natomiast fundacja Ewy Błaszczyk w 2016 roku zafundowała w większości wyposażenie. Dzięki temu powstał pierwszy w Polsce ośrodek leczenia śpiączki dla dorosłych. Jest to oddział kliniczny szpitala uniwersyteckiego, a jednocześnie jednostka uniwersytetu Collegium Medicum Wydziału Lekarskiego, należąca w tej chwili do Katedry Neurochirurgii. Jest to miejsce, gdzie walczymy o to, żeby maksymalnie pomóc chorym po ciężkich uszkodzeniach mózgu powodujących przetrwałą utratę przytomności.

- Utworzenie w Olsztynie pierwszej kliniki tego typu w Polsce to też sukces olsztyńskiej medycyny.

- To nie było rutynowe, sztampowe działanie. Ta procedura nie istniała. Trzeba było ją opisać, przekonać Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, ministra zdrowia – jednego, potem drugiego, że trzeba taki program realizować, bo to pomaga ludziom i daje im szanse poprzez ułatwienie powrotu do aktywności.

Po prostu w Olsztynie tym się zainteresowaliśmy, byliśmy gotowi na taką działalność. Chodziło również o to, że pewne działania eksperymentalne podejmowane u nas związane są z kierunkowaniem kliniki, która jest unikalna w skali kraju, ponieważ bardzo duży nacisk kładziony jest na neurochirurgię czynnościową. Jest to jedno z dwóch miejsc w Polsce, gdzie dorosłych leczy się operacyjnie z powodu padaczki. Mamy tu też diagnostykę neurofizjologiczną czy nowoczesny rezonans magnetyczny badawczy, który pozwala na wizualne obrazowanie czynności mózgu. Możemy obserwować nieprzytomnych pacjentów, na ile są oni reaktywni.

Mamy także zespół elektrofizjologów i neurofizjologów, którzy zajmując się diagnostyką padaczki, są biegli w diagnozowaniu chorych z zaburzeniami przytomności.

Byłem twórcą i pierwszym prezesem Polskiego Towarzystwa Neuromodulacji, które należy do International Neuromodulation Society (Międzynarodowego Towarzystwa Neuromodulacji), bardzo nowoczesnej i przyszłościowej gałęzi medycyny, zajmującej się wpływem na czynność mózgu i rdzenia kręgowego poprzez różnego rodzaju oddziaływanie stymulujące. W Polsce po raz pierwszy wykonaliśmy z kolegami z Japonii wszczepianie stymulatorów w górnej części rdzenia szyjnego dla próby ożywiania mózgu chorych w minimalnym stanie świadomości, niekontaktujących, ale w jakimś stopniu reaktywnych na bodźce zewnętrzne. Z 15 osób, które obserwujemy, u czterech dostrzegliśmy powrót do przytomności.

- Szpital stawia na innowacyjne metody leczenia, rozwija się. Były plany połączenia szpitali uniwersyteckiego i miejskiego, ale spaliły na panewce. Co taka fuzja mogłaby oznaczać dla medycyny w Olsztynie?

- To nawet nie musiała być fuzja. Chodziło o to, że Olsztyn, jako centrum dużego regionu, a jednocześnie ośrodek akademicki, gdzie w ciągu 12 lat rozwinęła się akademicka medycyna, jest miejscem, gdzie potrzebujemy zapewnić naszym pacjentom najlepsze warunki diagnostyki i leczenia. Problem był taki, że niektórzy dyrektorzy szpitali traktują swoje placówki jako przedsiębiorstwa, co jest fatalną strategią.

Próbowałem porozumieć się ze szpitalem miejskim, ale natychmiast trafiałem na opór. Jeżdżę trochę po świecie, widzę jak to wygląda w krajach najlepiej rozwiniętych. Dobrym przykładem są tutaj Stany Zjednoczone. Po 10 latach zazwyczaj budynki szpitalne w Ameryce są burzone i powstają zupełnie nowe. Nowoczesne szpitale w najlepszych centrach uniwersyteckich w ogóle nie wyglądają jak szpitale, tylko jak superbiurowce. Chorzy w Stanach czy Szwajcarii przebywają wyłącznie w salach jednoosobowych. Do tego nam daleko. Zwracam uwagę, że budowla jak np. siedziba szpitala miejskiego, nawet dobrze zaprojektowana 170 lat temu, nie może być już wykorzystywana efektywnie. Mogą być tu pomieszczenia dydaktyczne, muzeum, ale leczyć pacjenta nowocześnie po prostu się nie da.

Poza tym, państwo może inwestować w szpitale, zwłaszcza w akademickie. I inwestuje miliardy złotych. Trzy lata temu, jeszcze przed wyborami samorządowymi, liczyłem na to, że prezydent spełni obietnice. Obiecał, że szpitale zostaną połączone. Jednak później uległ lobbingowi tych, którym po prostu pasowało tak, jak jest. Słyszałem te argumenty: to nasz szpital, tu są dobrzy lekarze, pacjentom też się dobrze żyje. Nie mogę się z tym zgodzić. Muszę powiedzieć, że moje wystąpienie i kontakt z radą miasta poprzedniej kadencji, zszokował mnie. Usłyszałem wtedy: a komu to właściwie służy? – mówił radny Małkowski. Kto za tym pomysłem stoi?

Jakim pomysłem? Mogliśmy dostać 500 milionów, żeby zbudować nowy szpital od podstaw. Tylko nikt po to nie sięgnął. Kończą się teraz inwestycje publiczne. W Gdańsku wybudowano dwa potężne kompleksy szpitalne za 1 mld 200 mln zł. W tym roku kończą się budowy w Łodzi i Krakowie. Białystok zakończył inwestycję rozbudowy szpitala uniwersyteckiego za 550 mln zł. W kolejce są następne. Oglądałem szpital w Białymstoku. Uważam, że też powinniśmy tak zrobić. Mamy do tego podstawy. Na uniwersytecie kształcimy lekarzy, to jest nośnik. Mamy szpital kliniczny, który jest placówką państwową i państwo ma prawo wydać na to pieniądze.

W tej chwili mój przyjaciel prof. Bogusław Machaliński, rektor Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie, zdobył prawie 600 mln zł na rozbudowę szpitala. My moglibyśmy wydać część pieniędzy na wyposażenie: łóżka, nowoczesną aparaturę medyczną. I to służyłoby wszystkim pacjentom. Ludziom najwyraźniej przeszkadzało, że to szpital uniwersytecki byłby właścicielem.

- Zderzył się pan ze ścianą.

- To prawda. Zderzyłem się ze ścianą częściowo złej woli, a częściowo głupoty. Jedno i drugie jest nieusprawiedliwialne. Na pewno nie jest to godne szacunku. Mimo zakładania uroczystych ubrań, przecinania kolejnych wstęg, kwiatów, wzruszeń, uważam że to wszystko jest na pokaz. Ludziom trzeba po prostu pomagać, a żeby było lepiej, trzeba budować, rozwijać. Cieszę się, że gdy jeszcze pełniłem swoją funkcję, udało mi się przekonać ministerstwo zdrowia do dokończenia budowy szpitala uniwersyteckiego, żeby poprawić jego jakość.

Jak pan wie, nie udało się przekonać uniwersytetu do przejęcia Olsztyńskiej Szkoły Wyższej. Prywatna uczelnia warszawska widziała w tym interes, a nasz publiczny uniwersytet, który mógł być dofinansowany ze strony państwa, nie widział interesu. A teraz nie mamy za bardzo gdzie kształcić pielęgniarek, bo po prostu warunki są bardzo złe i trzeba by było dziesiątków milionów, aby stworzyć im warunki do rozwoju od nowa. Był to powód mojego buntu. Musiałem powiedzieć jasno, że tak nie może być.

- Wspomniał pan o swoim buncie. Mam wrażenie, że punktem zapalnym była dymisja prof. Anny Doboszyńskiej, ale konflikt miał dłuższą genezę.

- Zgadza się. Konflikt narastał. Jakby nie patrzeć zarządzanie tak dużą instytucją jaką jest uniwersytet to bardzo poważna sprawa. Ma to w sobie coś z polityki. A polityka, nawet ta wewnętrzna, zawsze wymaga kompromisów. Trzeba się dogadywać. Przez tyle lat, chcąc budować medycynę, wielokrotnie ustępowałem, zaklejałem sobie usta, byleby zrobić więcej dobrego niż złego. Ale nie w każdej sytuacji można ustąpić. Było wiele punktów zapalnych. Zaczęło się w ogóle od bardzo podstawowej sprawy. Gdy przyjechałem do Olsztyna, nie wyobrażałem sobie, że nie uda się przekonać władz tworzącego się samorządu wojewódzkiego, żeby zwrócić szkołę pielęgniarską na rzecz kształcenia pielęgniarek i położnych w Olsztynie. Mam osobisty sentyment, bo poniekąd wychowałem się w tej szkole, gdyż moja mama była dyrektorką tej placówki. To był przedwojenny budynek wybudowany przez miasto do opieki nad starymi i schorowanymi ludźmi.

No i nie udało mi się ich przekonać. Nie mogę tego zrozumieć. Byłem od dziecka wychowywany, że to co jest wspólne, jest wspólne a nie moje.

W czasach rządu Jerzego Buzka, gdy byłem ministrem zdrowia, zdecydowano o tym, że tego typu szkoły staną się własnością tworzonego samorządu województwa, bo miało to zaspokoić potrzeby regionalne. Wyobrażałem sobie, że mądrość zbiorowa reprezentantów z całego regionu spowoduje, że podejmą właściwe decyzje. A już wiedzieliśmy, że wprowadzimy reformę samorządową od 1999 roku, a w dodatku w niedługim czasie mieliśmy wejść do Unii Europejskiej, bo wszystkie procesy akcesyjne były zaawansowane i już szykowaliśmy się na to, że pielęgniarstwo, jak ma to miejsce w krajach Unii Europejskiej, będzie kształcone na wyższych uczelniach. Taki był zresztą wymóg, że samorządy będą musiały przekazać te szkoły uczelniom wyższym. Ani jedna placówka w województwie nie została przekazana. Tam były interesy partykularne. Niektóre dyrektorki chciały tkwić w tym systemie, nie chciały przechodzić na niepewne do jakiejś uczelni.

- Czy zaskoczyła pana decyzja rektora o odwołaniu pana z funkcji prorektora? W końcu współdziałaliście razem i tworzyliście zręby akademickiej medycyny.

- Jeżeli o coś walczymy na uczelni, wymaga to wzajemnych ustępstw. W pewnym momencie ustępstwa były jednostronne. Odczułem brak szacunku do moich pomysłów i chęć zdominowania mnie. To już przekraczało granice akceptacji. Nie chciałem dalej ustępować, bo stałbym się niewolnikiem. Na początku w kolegium były trzy osoby w opozycji do mnie. W tej chwili nie wychodzą z budynku rektoratu podlizując się, bo trzy stanowiska są do obsadzenia. Mógłbym dalej być we władzach uczelni, wystarczyło zgodzić się na warunki. Ale jeżeli nie było zgody na to, żeby otworzyć podstawowych kierunków, to o czym tu mówić?

Pierwszym sygnałem było to, że w zupełnie niezrozumiały dla mnie sposób nie zgodzono się na przejęcie Olsztyńskiej Szkoły Wyższej. Tam byśmy tworzyli uniwersytecką fizjoterapię i mieli bazę dla całego Wydziału Nauk o Zdrowiu. To była idealna baza.

Dlaczego tego nie wykorzystać, skoro dają niemal za darmo? Ludzie byli buntowani, żeby występowali przeciwko temu wnioskowi o przejęcie OSW.

Na samym początku rektor akceptował przejęcie. Mam jeszcze dokumenty, bo korespondowaliśmy w tej sprawie. Oczywiście, świetny pomysł, powinniśmy tak zrobić – pisał. A później ktoś go przekonał, że to będzie oznaczało mój sukces. Uważam, że jest to poniżej pewnego poziomu. Żałuję, że tak się stało.

Sam namawiałem rektora, żeby wrócił. Miał przecież dobrą posadę w Warszawie w Polskiej Akademii Nauk. Widziałem w nim człowieka, który tworzył te struktury. Ale ludzie się zmieniają. Otoczenie rektora wywierało na niego presję. Wiadomo, że za rok kończy kadencję i zbliża się też koniec jego pracy na uniwersytecie. Przyszedł czas na nowych. I myślę, że na takich postawiono. Tyle tylko, że zamiast dążyć do rozwoju uczelni, bardziej obawiają się własnej porażki.

- Czyli ktoś z otoczenia rektora bał się, że pan będzie chciał kandydować w wyborach?

- Były takie głosy.

- Ale przecież pan wielokrotnie mówił, że nie chce kandydować.

- Jestem związany z medycyną i interesował mnie jej rozwój. Jestem usatysfakcjonowany, że udało mi się otworzyć drogę dla tej nauki. I o to mi chodziło.

Najbliższe miesiące czy lata pokażą, o co tak na dobrą sprawę chodzi władzom uczelni. Zbliża się czas przedwyborczego napięcia i pewien lęk, jak będzie wyglądała sytuacja na poszczególnych wydziałach. W tej chwili nie ma co analizować tego głębiej.

- Czy widzi pan możliwość rozwoju medycyny na uniwersytecie?

- Do obsadzenia są trzy stanowiska: dziekan, przewodniczący rady dyscypliny i prorektor. Najaktywniejsi są ludzie, którzy mówią tylko, że chcą coś zrobić, ale nie działają w tym kierunku. Ich motywacja jest indywidualna, a nie pro publico bono. Trzeba zobaczyć kto jakie ma zasługi w swoim życiu, kto zrobił coś twórczego. Czy wybierał dobro własne nad publiczne. Jeżeli tacy zostaną wybrani, to będzie źle. To będzie klęska.

Jeżeli będą to ludzie, którym naprawdę zależy, aby tą część uniwersytetu rozwijać, to jak najbardziej będę za. Ale podobne stanowisko powinny okazywać także władze uczelni. Poprzedni i obecny skład rektorski używali wydatków na medycynę jako straszaka dla innych wydziałów. Na początku, żeby zrobić kształcenie medyczne na poziomie, trzeba było zainwestować. To były pierwsze lata. Teraz używa się podobnych schematów działania. Podam przykład: przed rokiem było posiedzenie senatu. Omówiono tam ile pieniędzy dostaną poszczególne wydziały na realizowane przedsięwzięcia w ciągu najbliższych lat. Wyliczono, że to dofinansowanie, które uniwersytet będzie musiał wydać, wyniesie 108 mln zł. Na Wydziały Collegium Medicum miało zostać przeznaczone bodajże 3,8 mln zł. Proporcjonalnie, było to mniej niż 4 proc. Na medycynę planowano wydać mniej niż na inne wydziały. Przy czym główne środki miały pójść na częściowe wyposażenie nowego budynku szpitalnego, który jeszcze nie powstaje. Jest dopiero ogłoszony przetarg.

- Dlaczego Wydział Nauk o Zdrowiu postanowiono zlikwidować?

- Też zadam parę pytań: dlaczego nie mamy nowych kierunków? Dlaczego nie ma fizjoterapii? Dlaczego nie mamy kolejnych studentów chętnych do przyjścia? Nie tylko dlatego, że trzeba wydać pieniądze, bo jak powiedziałem, wystarczyło wydać niewiele. Skoro pieniądze nie są głównym powodem, chociaż wizerunkowo tak to wygląda, to co nim jest? Myślę, chociaż chciałbym się mylić, że chodzi o kwestie wyborcze. Im więcej ma się studentów, tym większą ma się siłę wyborczą, a to jest decydujące w kwestii wyboru rektora.

- Patrząc z perspektywy czasu czy nie żałuje pan decyzji o odejściu?

- Nie, miałem do wyboru, że albo będę żył, albo będę martwy. Żywe trupy to jest coś najgorszego. Żywy i świadomy człowiek może wpływać na rzeczywistość. Jeżeli nie może, to staje się zombie. Dlaczego miałbym zostać? Nie chciałem być niewolnikiem i ciągle przyklaskiwać władzom. To nie ja.

Komentarze (17)

Dodaj swój komentarz

  • Xnx 2019-09-18 07:55:22 188.147.*.*
    Czy barwy polityczne są ważne jak facet chce rozwijać medycynę w naszym mieście?
    Odpowiedz Oceń: 0 0 Zgłoś treść
  • lekarzpediatra 2019-07-26 15:43:17 89.228.*.*
    Prof NADZWYCZAJNY,ZWYCZAJNY, SZMACIARZ PISOWSKI - krótka droga do wazeliniarstwa ale w tym wieku to i główka nie TA.
    Odpowiedz Oceń: 2 2 Zgłoś treść
  • BB 2019-07-15 14:30:58 95.160.*.*
    SMUTNE ,LIŻE pAN ŁAPKI KACZYŃSKIEMU.FUJ....
    Odpowiedz Oceń: 4 3 Zgłoś treść
  • Totalni mają Arłukowicza ADHD 2019-07-15 10:21:46 109.241.*.*
    a my mamy Pana Profesora Maksymowicza. Brao PIS, brawo OLSZTYN, brawo POLSKA
    Odpowiedz Oceń: 1 5 Zgłoś treść
  • mimo 2019-07-15 08:27:21 83.9.*.*
    Nie chciał pan przyklaskiwać władzom uczelni, ale teraz będzie pan musiał przyklaskiwać prezesowi i jego ludziom...
    Odpowiedz Oceń: 9 4 Zgłoś treść
  • gość 2019-07-15 08:17:11 89.64.*.*
    W UWM zniszczą każdego kto jest twórczy, bo zagraża wszech obecnej miernocie. Układy, nepotyzm i kumoterstwo są ich wizytówką. Klany rodzinne opanowały wydziały tworząc towarzystwo wzajemnej adoracji. Nikt z zewnątrz nie może im zagrozić bo żyją wygodnie na koszt społeczeństwa a właściwie pasożytują. Wystarczy posłuchać wypowiedzi rektora, żeby mieć ubaw po pachy. Jak ktoś tak ułomny intelektualnie mógł zostać profesorem, członkiem PAN, senatorem i rektorem. Człowiek ten otacza się sobie podobnymi miernotami, które liczą na apanaże schlebiając łasemu na pochwały Góreckiemu, przeświadczonemu o swojej wielkości i niszczącemu każdego kto może mu zagrozić - typowe dla ludzi maluczkich.
    Odpowiedz Oceń: 8 3 Zgłoś treść
  • TOTALNI w szoku leżą i kwiczą 2019-07-15 07:12:53 109.241.*.*
    Panie Profesorze, jest Pan WIELKI, jest pan Gwiazdą, jest pan chlubą i Ozdobą naszego Uniwersytetu i naszego miasta Olsztyna. Jest PAN Geniuszem-Artystą swojej profesji. Życze siły konfrontacji z maluczkimi....
    Odpowiedz Oceń: 7 7 Zgłoś treść
  • curwer ecu 2019-07-14 00:57:22 94.254.*.*
    Uuuuh....ale czytania. Do zdania" zderzył się pan ze ścianą" sto linijek. Ciekawie będą wyglądały wystąpienia tego pana w Sejmie. Dziesięć klepsydr na pewno nie wystarczy. W starożytnym Rzymie ograniczano czas mowcom w Senacie ustawiając im klepsydrę, a gdy mówił coś do rzeczy dolewano do piasku wody aby przedłużyć wypowiedź
    Odpowiedz Oceń: 17 5 Zgłoś treść
  • Mieszkanka Olsztyna 2019-07-13 12:50:40 5.172.*.*
    A jednak "jedynka" u Kaczyńskiego...i wszystko wiadomo...przykro panie Profesorze...
    Odpowiedz Oceń: 20 8 Zgłoś treść
  • Student 98 2019-07-13 12:41:49 83.5.*.*
    Podziwiam Pana Profesora. Olsztyn od lat jest w kwestiach edukacji delikatnie mówiąć mało plastyczny. Połączenie OSW było bardzo dobrym pomysłem. Trudno mi zrozumieć oporu władz uniwersytetu . Dlaczego nie możemy mieć kierunków takich jak fizjoterapia i kosmetologia na wysokim uniwersyteckim poziomie? Dlaczego wciaż daleko do docenienia wydziału nauk o zdrowiu jak to jest w innych wojewódzkich miastach.
    Odpowiedz Oceń: 13 3 Zgłoś treść