[WYWIAD] ''Nie mogę się otrząsnąć po wizycie w tamtej restauracji''. Kulinarna strona miasta pod okiem olsztyńskiej blogerki

[WYWIAD] ''Nie mogę się otrząsnąć po wizycie w tamtej restauracji''. Kulinarna strona miasta pod okiem olsztyńskiej blogerki
Pani Róża, autorka bloga "Gastronautka"
Fot. Łukasz Kozłowski / Olsztyn.com.pl

Czy Olsztyn doczekał się własnej Magdy Gessler? W kulinarną podróż po stolicy Warmii i Mazur zabiera nas autorka bloga „Gastronautka”. Na swojej stronie na Facebooku przeprowadza czytelników w wycieczce po najciekawszych restauracjach w Olsztynie. Recenzuje je, ocenia i zawsze mówi, co myśli. Dlaczego ukrywa się pod pseudonimem?

Mieszkająca w podolsztyńskim Barczewie Róża, kulinarnego bloga prowadzi od 2015 roku. „Gastronautka – olsztyński blog foodie” to miejsce, w którym czytelnicy znajdą rzetelne recenzje oraz opinie na temat lokalnych restauracji. Wpisy „Gastronautki” na Facebooku obserwuje niemal 4,5 tysiąca użytkowników. Czy recenzowanie restauracji to „dobry biznes”? O tym, w jakim stanie znajduje się olsztyńska gastronomia i o byciu „foodie” rozmawiamy z Różą.

Dlaczego prowadzisz bloga pod pseudonimem „Gastronautka” i nie chcesz ujawniać swojego nazwiska?

- Prowadząc bloga chciałam uniknąć jakiejś nachalnej autopromocji. Pracowałam w różnych firmach i wiele osób mnie znało, dlatego pomyślałam, że lepiej byłoby prowadzić stronę bez podawania personaliów i pokazywania wizerunku. Tematyka jedzenia miała być na pierwszym miejscu. Nie chciałam, żebym to ja stała się popularna, a mój blog. Być może mój wygląd jest też trochę kontrowersyjny i mógłby odciągać uwagę od głównego tematu. Niektórzy znajomi do teraz nie wiedzą, że jestem „Gastronautką”.

Skąd pomysł na tak nietypową nazwę bloga?

- Zastanawiałam się nad nią całe dwa dni. Pomyślałam, że dobrze, jakby to było związane z gastronomią. Idealnie nadawał się zatem przedrostek „gastro”. Potem stwierdziłam, że fajnie, gdyby zawierała ona też coś związanego z Olsztynem, ale „Gastro Olsztyn” wydał mi się dość oklepany. Potem wymyśliłam, że będę też opisywać podróże, więc „Gastronautka” pasowała do tego idealnie.

Pracujesz zawodowo oprócz prowadzenia bloga?

- Tak, pracuję obecnie w branży hotelarskiej. Blog jest moim hobby. Wcześniej byłam związana z branżą reklamową, teraz też trochę w niej działam.

A masz wykształcenie gastronomiczne? Pytam, bo oceniasz olsztyńskie restauracje, w związku z czym powinnaś „znać się na rzeczy”. Czy Twoje opinie to jedynie pogląd zewnętrznego klienta?

- Mam wykształcenie ekonomiczne, więc na sposobie funkcjonowania restauracji się znam. Jeżeli chodzi natomiast o gastronomię, o smaki, to pracowałam w tej branży wiele lat. Byłam kelnerką i menadżerem restauracji. Teraz, pracując w branży hotelarskiej, też mam styczność z gastronomią. Na temat funkcjonowania wszystkich mechanizmów restauracji, powstawania dań, lokalnych dostawców mam dużą wiedzę. Staram się to wszystko przekładać na recenzje.

A czy kiedyś jakiś internauta zarzucił Ci, że nie znasz się na tym, co robisz?

- Wiele razy (śmiech). „Gastronautka” to blog subiektywny, o czym cały czas powtarzam. Podkreślam, że jest to tylko moje zdanie, na dany temat i ktoś może się z nim zgadzać lub nie. W większości jednak czytelnicy mają taką samą opinię jak ja. Wiele osób liczy na jakieś ciekawe rekomendacje lub z nich korzysta. Często dostaję wiadomości, że ktoś był w poleconym przeze mnie miejscu i rzeczywiście spędził super czas. Nie da się jednak ukryć, że jest też grono, któremu nie podobają się moje recenzje, bo są sympatykami jakiejś restauracji, którą skrytykowałam.

Dlaczego prowadzisz bloga na Facebooku? Nie myślałaś, żeby założyć własną stronę?

- Miałam bloga „Gastronautka.pl”, ale za późno zrobiłam przelew i strona przepadła (śmiech). Potem stwierdziłam, że wiele osób prowadzi bloga na Facebooku, pisze posty i recenzje, a przy tym nie musi mieć własnej domeny. Z powodzeniem wykorzystują jedynie social media. Wydaje mi się też, że użytkownikom wygodniej jest przeczytać post, który znajduje się bezpośrednio w aktualnościach na Facebooku, niż specjalnie kliknąć w link, który przeniesie ich na stronę bloga. Nawet jeżeli nie będzie im się chciało przeczytać całej recenzji, to szybko przelecą wzrokiem, zobaczą zdjęcia i wtedy może coś ich zainteresuje. Wydaje mi się, że w ten sposób mogę dotrzeć do większej ilości osób.

Jak wybierasz restauracje, które potem recenzujesz? Bazujesz na poleceniach znajomych, czy masz jakiś system?

- Obserwuję to co się dzieje na rynku gastronomicznym w Olsztynie i w okolicach. Dużo czytam o szefach kuchni, bo w restauracjach najbardziej interesuje mnie strona kulinarna. Zawsze jestem ciekawa osoby odpowiedzialnej za przygotowywanie dań, jej wykształcenia i osiągnięcia. Niestety restauracji, z dobrymi szefami kuchni, na naszym terenie jest bardzo mało. Miejsca do recenzji wybieram najczęściej po przejrzeniu informacji na ich temat w internecie. Czytam pozytywne i negatywne opinie. Zwracam uwagę na to, jaki marketing prowadzą, oglądam zdjęcia. Najpierw chcę zobaczyć to, co restauracja ma do zaoferowania, a potem weryfikuję moje oczekiwania na miejscu. Zdarza się też, że jestem w mieście z mężem czy koleżankami i wpadamy przy okazji gdzieś na jedzenie. W takich okolicznościach również powstają opinie.

A jakie warunki musi spełnić dane miejsce, żeby dostać pozytywną opinię od „Gastronautki”?

- Najmniej zwracam uwagę na wystrój, aczkolwiek on najczęściej komponuje się z całą resztą. Jeżeli restauracja faktycznie jest przemyślana, koncept jest spójny, to wtedy wnętrze współgra z całą resztą. U mnie wystrój jest akurat na ostatnim miejscu i stanowi wisienkę na torcie. Patrzę natomiast przede wszystkim na kompozycję menu, czy jest ze sobą spójne, bo może być tak, że przystawki są z innej bajki, a dania główne i desery z innej. Kolejny ważny element to prezentacja dań. Jak wyglądają i jakie zawierają połączenia smakowe. Na koniec oceniam obsługę. Zwracam uwagę na to, czy personel jest kompetentny, profesjonalny i czy potrafi doradzić.

I jak jest zwykle?

- Jest bardzo mało miejsc z naprawdę dobrą obsługą. Myślę, że wynika to z kiepskiego zarządzania restauracją.

Jaki jest Twój ulubiony rodzaj kuchni?

- Smaki najbliższe mojemu sercu pochodzą z bliskiego wschodu, ponieważ wychowałam się w dwóch kulturach: polskiej i arabskiej. Kocham różnorodność przypraw i pikantność. Z drugiej strony lubię też lokalne potrawy. Przede wszystkim jednak zwracam uwagę na jakość produktów i czy do ich przyrządzania dobierane są odpowiednie techniki.

Da się faktycznie wyczuć, czy produkty tworzące danie, są dobrej jakości?

- Oczywiście. Jeżeli chodzi o podniebienia klientów, to zależy też od tego, czego używają na co dzień. Jeżeli gotują korzystając z dobrych produktów, to na pewno wyczują słabą jakość. Jeśli natomiast nie zwracają uwagi na to, jakie produkty kupują, czyli nie są „foodie”, to mogą tego nie zauważyć.

A co to znaczy „być foodie”?

- „Foodie” to osoba, która kocha jedzenie i jest ciekawa jego historii. To ktoś, kto chce wiedzieć, co je. Interesuje się też pochodzeniem i jakością produktów. Można powiedzieć, że za jedzeniem podąża. To ogólna świadomość i odpowiedzialność dotycząca tego, co jemy.

Czy masz szczególne wspomnienie lub przeżycie, związane z pobytem w jakiejś restauracji?

- Odwiedziłam kiedyś, nieistniejącą już restaurację „Spiżarnia Warmińska”, w której gotował szef Adrian Gabryszak. Były tam dania, które wręcz wzruszały. Pamiętam, że jadłam suszoną pierś z kaczki z warmińskimi nudlami (makaron – przyp. red.) i serem, który pochodził z Ranczo Frontiera (niewielkie gospodarstwo ekologiczne położone na Mazurach, nieopodal Mrągowa – przyp. red.). Wszystko otulała jabłkowa galaretka. Do tego zostało dobrane odpowiednie wino. To było coś fantastycznego. Szkoda, że tego miejsca już nie ma.

Czy jakość dań idzie w parze z ceną?

- Oczywiście. Uważam, że tak powinno być.

A co z miejscami typu stołówki? Tam zwykle niewiele się płaci za posiłek.

- To jest trochę inny przypadek. Jakość taniego produktu, też może być dobra. Nie ma na przykład ziemniaków za 100 zł. Mieszczą się zawsze w jakimś określonym przedziale cenowym. Ziemniaka można natomiast zrobić tak, że będzie „wyrywał z butów” albo ugotować go z sodą, po której będzie nas bolał brzuch. Dlatego nawet użycie prostych i tanich produktów może dać niesamowite efekty.

Czy współpracujesz z restauracjami, które recenzujesz? Czy macie na przykład układ, że za napisanie opinii dostajesz „darmowy obiad”?

- Nie, nigdy tak nie było. Moje wizyty są anonimowe. Niestety jednak większość restauratorów już mnie zna (śmiech). Oczywiście zdarzały się takie sytuacje, że zapraszano mnie na degustacje. Nie raz miałam za zadanie posmakować wszystkich dań z karty. Nie było to łatwe zadanie. Potem rzeczywiście okazywało się, że był to fajny materiał na bloga. Czytelnicy mówili, że bardzo im się podoba. Idąc do restauracji nigdy nie wiemy, jak coś będzie smakować i wyglądać. Dzięki takim recenzjom użytkownicy mogą ocenić, czy warto wybrać się w dane miejsce czy nie. To bardzo ułatwia decyzję.

A czy myślałaś o tym, aby nawiązać współpracę z restauracjami? Pytam, bo domyślałam się, że odwiedzanie takich miejsc i próbowanie dań nie jest tanim hobby.

- Niestety, nie jest to najtańsze zajęcie. Na samym początku funkcjonowania bloga, myślałam żeby w przyszłości zrobić z niego źródło dochodu. Po czasie stwierdziłam, że nie będzie to miało sensu, bo chciałam, żeby moje opinie były całkowicie niezależne, obiektywne i niepoddane żadnym układom. Nie chciałam mieć zobowiązań.

Czy „Facet z Olsztyna”, o którym wspominasz na swoim blogu, to Twój partner?

- Tak, to mój mąż. Często chodzimy razem do restauracji. Bloga właściwie to ja mu kazałam założyć (śmiech), bo często o nim pisałam. „Facet z Olsztyna” też pisze o jedzeniu, aczkolwiek ten blog opowiada raczej o tym, co on lubi. To na przykład dobry alkohol, podróże i czasem jedzenie, ale w jego przypadku są to najczęściej burgery (śmiech). To taki blog lifestylowy (opisujący styl życia – przyp. red).

Czy masz jakąś opinię, której zdecydowałaś się nie opublikować na blogu?

- Tak, jest to opinia z zeszłego roku. Wyrobiłam sobie bardzo negatywne zdanie na temat pewnej restauracji, ale postanowiłam, że nie opublikuję moich przemyśleń na blogu. Wyrządziłoby to bardzo dużo złego temu miejscu. Mogę jedynie powiedzieć, że poszłam do restauracji, która uważa się za świetną. Przetestowałam jakieś 80 proc. dań z menu lunchowego. Większość była bardzo kiepska. Tłuszcz był spalony i stary, a kompozycje pozostawiały wiele do życzenia. Bardzo się zawiodłam na tej restauracji. Recenzji nigdy nie opublikowałam. Powiedziałam o tym jedynie paru osobom, w tym znajomym blogerkom. Podobno zaszły od tamtej pory jakieś zmiany w tej restauracji, ale jeszcze długo nie zdecyduję się tam wrócić. Nie mogę się otrząsnąć po ostatniej wizycie.

A co robisz w sytuacji, kiedy w restauracji podchodzi do Ciebie kelner i pyta, czy danie Ci smakuje? Odpowiadasz szczerze?

- Tak, przekazuję obsłudze lub kelnerowi informację, jeżeli coś było nie w porządku. Jeśli znam się osobiście z szefem kuchni, to jemu opowiadam o moich uwagach. Najczęściej do niego dzwonię lub piszę na Facebooku. Ostatnio miałam na przykład ości w sandaczu, których być nie powinno. Zadzwoniłam do szefa kuchni i mu o tym powiedziałam. O takich sytuacjach nie zawsze piszę na blogu, bo uważam, że w dobrej restauracji to są po prostu drobne wypadki przy pracy, a nie poważne kulinarne błędy.

Jakiego miejsca w Olsztynie brakuje najbardziej?

- Ku mojej uciesze powstały restauracje hinduskie, które dają wielki powiew świeżości w naszym mieście. Czego brakuje? Jak dla mnie oczywiście dobrej kuchni arabskiej (śmiech). Dobrze, że powstają też wegańskie restauracje i zauważyłam, że wiedzie im się coraz lepiej. To kwestia trendów. Ludzie zaczynają odchodzić od mięsa lub bardzo je ograniczają. Wydaje mi się, że przydałaby się też dobra restauracja chińska. Kuchnia tego typu to nie tylko smażony makaron, ale jeszcze wiele innych ciekawych dań, które mogą smakować rewelacyjnie. Niesamowicie ciągnie mnie do kuchni Bliskiego Wschodu. Bardzo lubię takie smaki. Myślę, że to kwestia pochodzenia, bo nie każdy się wychowuje w tak specyficznej rodzinie. Dla mnie arabskie smaki są tak samo naturalne jak pierogi (śmiech).

Czy w przeciągu tych 5 lat, odkąd zaczęłaś prowadzić swojego bloga na Facebooku, dużo zmieniło się w olsztyńskim świecie kulinarnym?

- Zmieniła się na pewno jakość produktów, których używają kucharze. Widzę, że więcej Olsztynian wychodzi do restauracji. One dzięki temu powstają i nie zamykają się tak szybko, jak kiedyś. Duży wpływ ma na to marketing. Jeżeli restauracja będzie miała świetne jedzenie, a nie zadba o dobrą reklamę, to niestety nie dotrze do klientów i upadnie. Restauracje zaczynają budować menu pod swojego gościa, a nie tak jak to było kiedyś, pod siebie. Często pytają użytkowników na Facebooku o to, co chcieliby zjeść lub czy wprowadzenie nowej propozycji do menu miałoby sens.

Wydaje się, że w chodzeniu po restauracjach i próbowaniu pyszności nie ma nic trudnego.

- To nie jest takie proste. Zawsze wiele uwagi poświęcam na przemyślenie tego, co zjadłam i co widziałam. To czas na zgromadzenie moich odczuć i wniosków. Nigdy nie jest tak, że to co znajduje się na talerzu, jest jedynym kryterium oceny. Ważny jest cały koncept, jak wszystko się ze sobą łączy i czy jest przemyślane. Oceniając danie, patrzę przez pryzmat całej restauracji, założyciela i szefa kuchni. Zgromadzenie tych wszystkich informacji, poukładanie ich w głowie i dojście do jakichś konkretnych wniosków zajmuje mi czasem 2 dni. Zwykle robię też zdjęcie menu, a potem w domu jeszcze raz je oglądam i analizuję. Podchodzę do tego z dużym zaangażowaniem i rzetelnością.

Pomijając samą czynność jedzenia, czy odwiedzanie i dzielenie się opiniami z innymi sprawia Ci przyjemność?

- Tak, bardzo. Od zawsze uwielbiałam pisać. Sama ta czynność jest dla mnie ogromną przyjemnością. Przemyślenie wszystkiego i ubranie w odpowiednie słowa jest jednak często praco- i czasochłonne. Czuję satysfakcję czytając komentarze pod moimi postami. Cieszę się, że mogłam komuś pomóc. Dostaję też często wiadomości prywatne z podziękowaniami lub prośbą o rekomendację.

Dołączyłaś niedawno do projektu „Olsztyn Tasty”. Co to jest za grupa i czym różni się od „Gastronautki”?

- „Olsztyn Tasty” to strona, na której nie reklamujemy żadnych restauracji, nie piszemy o nich opinii, a informujemy o tym, co dzieje się w olsztyńskich świecie kulinarnym. Mówimy na przykład, że powstaje nowa restauracja albo prowadzona jest ciekawa akcja lub warsztaty. Byłam głównym pomysłodawcą „Olsztyn Tasty”. Doszłam do wniosku, że fajnie by było stworzyć w internecie miejsce, które skupia wszystkie informacje gastronomiczne z miasta. Mamy już spore grono czytelników, które nas śledzi.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Aleksandra Szczepaniak

Galeria

Komentarze (12)

Dodaj swój komentarz

  • Nieżyciowy 2020-02-04 20:35:28 185.138.*.*
    Może nadgodziny? xD
    Odpowiedz Oceń: 0 3 Zgłoś treść
  • gość 2020-02-04 14:13:20 80.55.*.*
    ile kosztuje taki wywiad sponsorowany w olsztyn.com.pl ?
    Odpowiedz Oceń: 4 15 Zgłoś treść
  • Życiowy 2020-02-04 09:41:45 31.0.*.*
    Tam studiowałam, wiele lat byłam kelnerką i menedżerem, mam doświadczenie z tamtąd i pracowałam tam...?? Albo bardzo dobrze Pani czas służy albo trochę za mało życia za Panią na te wszystkie opowieści?
    Odpowiedz Oceń: 0 10 Zgłoś treść
  • xD 2020-02-04 08:13:15 83.5.*.*
    Dokładnie, nie ważne, co pisze, ważne, że laska xD
    Odpowiedz Oceń: 3 2 Zgłoś treść
  • Ja kasia 2020-02-04 01:08:57 83.28.*.*
    Następna znawczyni jadla, a gdzie regionalne? Pojęcia o nich nie masz byle zaistnieć śmieć
    Odpowiedz Oceń: 1 23 Zgłoś treść
  • Biegacz 2020-02-03 23:58:35 188.147.*.*
    Obszerny artykuł. Cenie sobie szczere opinie. Dziękuję. Nie od dziś śledzę Pani wpisy.
    Odpowiedz Oceń: 12 1 Zgłoś treść
  • Ryszard Och 2020-02-03 20:05:15 95.160.*.*
    Hahaha śmieszą mnie te wszystkie blogerki, instagramowe gwiazdeczki... to jakiś dramat, parodia życia
    Odpowiedz Oceń: 17 21 Zgłoś treść