Turystyczny biznes w Olsztynie [WYWIAD]

Turystyczny biznes w Olsztynie [WYWIAD]
Ewa Bajer (druga z lewej)
Fot. Materiały ze zbiorów prywatnych

Praca to podróże, a podróże to przyjemność – życiowa i zawodowa dewiza Ewy Bajer. Biuro Podróży Bajer – to mała rodzinna firma działająca w Olsztynie. Chcemy takie przedsięwzięcia i ich właścicieli przybliżać naszym czytelnikom. Tym bardziej, że właścicielka biura, Ewa Bajer - Brzozowska to nie tylko osoba prowadząca swój mały biznes. To także podróżniczka. Bo jak sama mówi, obecnie jakiekolwiek oszczędności, ona i mąż przeznaczają na zwiedzanie całego świata. Pani Ewa odwiedziła już ponad sto krajów.

Całe życie zawodowe związała z turystyką. Od trzydziestu lat ma własną firmę turystyczną. Wcześniej, od roku 1981 do 1988 pracowała w „Orbisie”, w… Katowicach i Gliwicach. Choć z zawodu jest dziennikarką. 

-  Jako rodowita Ślązaczka, studiowałam w katowickiej, wtedy Akademii Ekonomicznej oraz na Uniwersytecie Śląskim nauki społeczne, ze specjalnością dziennikarstwo. – mówi Ewa Bajer. Już podczas studiów zaraziłam się zagranicznymi wyjazdami. Wystarczyła praca w spółdzielni studenckiej, by na wakacje zebrać odpowiednią kwotę do opłacenia wyjazdu do krajów bloku wschodniego. Już na drugim roku poznałam swojego późniejszego męża. Od tego momentu podróżowaliśmy także razem. Raz tylko chciałam wyjechać sama, do Jugosławii, ale paszportu nie dostałam. To była chyba kara za chęć wyjazdu bez chłopaka. 

Zaraz po studiach, w roku 1979, Ewa Bajer rozpoczęła swoją pierwszą pracę jako reporterka radia Katowice.

- Praca radiowca wymagała jakiegoś określenia się politycznego. Ja tego za bardzo nie chciałam, tym bardziej, że był to już rok 1981, a więc czas pierwszego festiwalu „Solidarności”. Wtedy to koleżanka podpowiedziała mi, że w „Orbisie” jest wolne miejsce. Poszłam do dyrektora i… się udało. Wyszłam z gabinetu już jako pracownica firmy. I choć rotacja w „Orbisie” była wtedy bardzo duża to ja pracowałam tam przez następne siedem lat. Harówa była od rana do 21 – 22.00. W sezonie zawsze się wiedziało, na którą godzinę należy do pracy przyjść, ale nigdy nie było wiadomo kiedy się wyjdzie. Zadaniem moim było, prócz sprzedaży konkretnej wycieczki, także sporządzenie, jeśli był to kraj zachodni, wniosku paszportowego oraz dostarczenie go do milicji. Na wniosku, wypełnianym w biurze paszportowym, była także rubryczka, gdzie trzeba było wpisać konkretny kierunek wyjazdu zagranicznego, na który ma być wydany paszport. Wiadomo było, że po powrocie paszport trzeba było zwrócić, tam gdzie się go otrzymało. Wtedy na powrót otrzymywało się, zdeponowany na czas wyjazdu, dowód osobisty. Wiele osób z takich wycieczek wybierając „wolność”, nie wracało. Wtedy nieodebrane dowody osobiste były oddawane na milicję.

Czas wsiadać do kolei transyberyjskiej...

Turystyka zagraniczna wyglądała wtedy zupełnie inaczej. Podstawowym kanonem była możliwość „zwrócenia się wyjazdu”. Tym eufemizmem określano drobny handel międzynarodowy, który wtedy u naszych turystów kwitł.

- By wejść do biura musiałam zawsze sforsować tłum tłoczących się klientów. Bo każda właściwie wycieczka zagraniczna sprzedawała się na pniu. Oczywiście najbardziej atrakcyjne były wyjazdy na Zachód. Tu rekordy biły wyjazdy do Grecji, Turcji. Wyjazdy do krajów bloku wschodniego też były popularne. Szczególnie atrakcyjne wydawały się „pociągi przyjaźni” do ZSRR, a także wczasy w Bułgarii. Praktycznie zwykli turyści wtedy nie mieli szans przedostać się przez tłum nastawiony na „handel zagraniczny”. Gdy ktoś się dostał do mojego biurka, to nie było czasu na jakieś dyskusje. Brał taki człowiek to co było w ofercie. Bo wiedział, że za nim stoi tłum oczekujących.

Nie miałam okazji wtedy wyjeżdżać turystycznie za granicę, bo mnie nie było na to stać. Gdy urodziły nam się bliźniaki, mąż poszedł do pracy fizycznej choć też ukończył studia. Moim jedynym marzeniem było wtedy chęć wyjazdu zagranicznego. Takie pragnienie, że i mnie będzie kiedyś stać na wyjazd. Pamiętam to uczucie, które towarzyszyło mi, gdy wydawałam naszym klientom paszport na wyjazd na Kubę, do Izraela. To były kierunki tak zwane „niehandlowe”. Tam się jeździło dla czystej przyjemności. Mogli więc na taki wyjazd pozwolić sobie tylko ludzie rzeczywiście bogaci. W tym czasie udało mi się tylko raz wyjechać na Zachód. Byłam pilotem w wyjeździe autokarowym emerytów śląskich do zachodnioniemieckiego sanatorium. Emeryci mieli  turnus trzytygodniowy, a ja ich tylko dowiozłam i tego samego dnia trzeba było wracać. Na wyjazd dostałam 10 marek diety. Miałam jeszcze swoje zaskórniaki. Za wszystko kupiłam czekolady z orzechami, płyn do płukania tkanin oraz dla lalkę barbi córce i małego matchboxa synowi.  A wakacje w latach osiemdziesiątych spędzaliśmy rodzinnie w Polsce. Głównie w Szczyrku, czasami nad morzem czy na Mazurach. 

W roku 1987 koleżanka (jak się okazało dużo później) złożyła na panią Ewę donos. Miała ona rzekomo pomóc znajomym w otrzymaniu paszportu na wyjazd zagraniczny.

- No więc miałam do dyspozycji: albo mnie zwolnią, albo sama odejdę. Wybrałam ten drugi wariant. Jednocześnie zapragnęłam otworzyć swoje własne biuro turystyczne. Zaczęłam starania o zezwolenie na otwarcie biznesu na początku stycznia 1988 roku. Wtedy była to droga przez mękę. Władze komunistyczne, mimo co i rusz ogłaszanych „zielonych świateł” dla rzemiosła i małych usług, wcale nie pomagały w takim usamodzielnieniu się. By wskazać lokal, w którym prowadziłabym taką działalność musiałam mieć pisemną zgodę wszystkich sąsiadów z ulicy. Potem niekończące się wyjazdy do Warszawy, po jakieś kolejne pozwolenia. Nawet zaświadczenia lekarskie były potrzebne. Miały one zaświadczać, choćby, że nie jestem chora na gruźlicę. Do tego obowiązkowo psycholog. Komplet dokumentów składało się do ministra rynku wewnętrznego. Moja zgoda na założenie prywatnego biura turystycznego miała numer 17. W skali całego kraju. Bo w Gliwicach byłam pierwsza i wtedy jedyna. Ruszyłam z działalnością 8 czerwca 1988 roku. Na dzień dobry przeszły do mnie do pracy dwie koleżanki z „Orbisu” oraz mąż, który wreszcie mógł zmienić ciężką, fizyczną pracę. Został moim wspólnikiem. Podstawą naszej działalności w tamtym czasie było zdobywanie klientom wiz na prywatne wyjazdy zagraniczne do krajów zachodnich. Głównie były to wyjazdy do Niemiec. Dużo również szło międzynarodowych ubezpieczeń komunikacyjnych „Warty”. Sprzedawałam też wycieczki dużych biur podróży. Tu wykorzystywałam swoje wcześniejsze znajomości. Z racji tego, że nie miałam pozwolenia na wyrabianie paszportów to i wycieczki mogliśmy sprzedawać tylko szczęśliwcom posiadającym ten dokument.  Krajowe wczasy w tamtym czasie nie sprzedawały się prawie w ogóle bo praktyczny monopol miał Fundusz Wczasów Pracowniczych oraz zakładowe domy wczasowe.

Gdy tylko Ewa Bajer zarobiła pierwsze pieniądze z własnej działalności wykupiła, w październiku tego roku, w … „Orbisie”, wycieczkę do Izraela. 

- Chciałam dawnym szefom zagrać na nosie, że już mnie stać na takie wyjazdy. Nota bene na tę wycieczkę pojechało w sumie 40 osób, a wróciło … pięć. Reszta wybrała los …uchodźcy. Na stopniach wejściowych do samolotu stewardessa zapytała nawet mnie, jak to się dzieje, że ja jednak wracam. Bo jak widać normą było wtedy pozostanie. W latach osiemdziesiątych los uchodźcy wybrało około miliona Polaków. Od tego czasu pasjami lubię wyjeżdżać. Mam już „zaliczone” ponad sto krajów.

W roku 1991 i 1992 stopniowo kraje Unii Europejskiej wprowadzały dla Polaków ruch bezwizowy. 

- Tym sposobem straciliśmy bardzo istotny element zarobku. Wtedy jednak już zaczęła funkcjonować sprzedaż wczasów krajowych. Organizowaliśmy też kolonie dla dzieci – także te zagraniczne, wycieczki objazdowe po kraju. Turystyka na początku lat dziewięćdziesiątych straciła swój „handlowy” charakter. Symbolem tych przemian były portfele z wieloma przegródkami. Każdy wyjeżdżający na wycieczkę objazdową po Europie (takie były najbardziej popularne) do każdej przegródki starał się włożyć inną walutę kupioną w polskim kantorze. Bo przecież kart bankomatowych jeszcze praktycznie nie było.

Słoń na Sri Lance

W roku 1993 Bajerowie przenieśli się do Olsztyna.  

- Przyjeżdżaliśmy tu wcześniej kilkakrotnie, na wakacje. Bardzo nam się region spodobał, kupiliśmy więc dom w Mojdach pod Dorotowem i … zostaliśmy Warmiakami. Nie mieliśmy nikogo w Olsztynie, ani w całym regionie. Dla rodziny był to szok. Bo wcześniej o wyprowadzce nic nie mówiliśmy. W swoim nowym domu chcieliśmy zrobić pensjonat. Przy czym nadal także funkcjonowało i funkcjonuje do tej pory (równolegle z Olsztynem) nasze biuro turystyczne w Gliwicach. 

Zaraz po przeprowadzce jakoś jednak odechciało nam się z mężem pracować w turystyce. Zrezygnowaliśmy więc z organizacji pensjonatu. Potem na sześć tygodni polecieliśmy do Indii. Wrażenia były niesamowite. Tym bardziej, że był to nasz pierwszy, tak długi i zarazem daleki wyjazd. Widzieliśmy tam i piękno krajobrazu i wspaniałe plaże w stanie Goa, ale i biedę wielkich miast. W centrum zaś New Delhi, wśród samych tubylców, spotkaliśmy sąsiadkę z Gliwic, która do Indii jeździła po towar, który potem sprzedawała w swoich kilku sklepach. 

Jedna z najpiękniejszych greckich plaż

Przez pięć kolejnych lat, do roku 1998, Bajerowie prowadzili punkt dealerski sprzedaży samochodów FSO – taka fabryka wtedy jeszcze funkcjonowała. Sprzedawali Polonezy, Daewoo Tico w swoich dwóch punktach przy ulicy Warszawskiej i Sielskiej. Po pięciu latach widać było, że sprzedaż tych marek samochodów już się kończy.

- Trzeba było podjąć decyzję, czy zmieniamy markę (z obowiązkiem przystosowania się do nowych wymogów stawianych przez dostawców samochodów) czy też zmieniamy w ogóle branżę. I tak wróciliśmy do turystyki. Na początek jeszcze przez dwa lata sprzedawaliśmy ciągle samochody oraz rozwijaliśmy dział turystyczny przy Placu Bema. W roku 2000 definitywnie odeszliśmy od handlu samochodami. Wcześniej także zmieniliśmy siedzibę, na obecne miejsce przy ulicy Warmińskiej 24. Pierwsze poważne wyjazdy jakie wtedy organizowaliśmy, to studenckie „Work and travel” promowane przez władze australijskie. Na taki wyjazd, zdecydował się także nasz syn. I choć z Australii wrócił, to obecnie pracuje i mieszka  za granicą. 

Gdy zaczynaliśmy ponownie działalność turystyczną to trzeba pamiętać, że był to okres jeszcze przed rewolucją informatyczną. Mało kto miał komputer z internetem. Wszystko załatwiało się przez fax i telefon. Potem jednak, gdy przyszła powszechna „internetyzacja” nawet mieliśmy obawę jak to się odbije na ilości naszych klientów. I się okazało, że nie taki diabeł straszny… Ludzie się bogacą i chętnie korzystają z pomocy biura. Bo wtedy nie muszą wszystkiego organizować sami. Teraz bardzo ważne jest doradzenie klientowi na zasadzie: byłam widziałam, i ten obiekt mogę polecić, a tego nie. Stąd tak duże znaczenie mają wyjazdy studyjne organizowane przez duże biura podróży dla swoich agentów. Jest to także dla nas bardzo ważne. Bo firma „Bajer” zajmuje się przede wszystkim sprzedażą imprez turystycznych. Nie zainteresowało nas wyrabianie wiz na wyjazdy do Rosji czy na Białoruś. Najpopularniejszymi kierunkami są oczywiście takie kraje jak Egipt, Turcja, Tunezja. Obecnie Grecja.  

Najważniejszym naszym osiągnięciem przez te ostatnie dwadzieścia bez mała lat jest sam fakt, że w ogóle się na rynku utrzymaliśmy. Na przełomie wieków w Olsztynie było 61 biur podróży. Na samej ulicy Warmińskiej było ich osiem. Obecnie działa pewnie nie więcej jak połowa. Na Warmińskiej zostały tylko dwa biura. O tym, że na rynku zostaliśmy zdecydowała chyba nasza ostrożność. Nie zawieraliśmy umów agencyjnych z biurami, którym nie ufaliśmy. Stąd było tylko kilka takich przypadków, że nasz kontrahent padł. Obecnie jest to już jednak uregulowane poprzez fundusz gwarancyjny.

Na naszą korzyść działa obecnie także to, że prócz oferty last minut, bardzo popularne staje się także first minut. Tym sposobem my już sprzedajemy egzotyczne wycieczki na zimę 2019/2020.

Ocean Indyjski widziany znad... kenijskiego basenu

Najprzyjemniejsze jednak w prowadzeniu firmy turystycznej jest możliwość podróżowania. Tak uważa Ewa Bajer.

- Na turystyczne wyjazdy wydaję wszystkie zarobione pieniądze. Jak już wspomniałem, byłam w ponad stu krajach świata. Mąż nawet twierdzi, że „kwartał bez wylotu turystycznego” to jest w moim przypadku stracony kwartał. W tym roku byłam już w Etiopii. Latam z reguły sama bo mój małżonek od dalekich podróży zdecydowanie woli wędkowanie. Jak nie na jeziorach mazurskich to w Skandynawii. Ostatnio jednak zawarliśmy kompromis – jedziemy we wrześniu razem na przejazd koleją transsyberyjską. Najdalsze moje wyjazdy to Madagaskar, Afryka Południowa, Japonia, Kuba, Brazylia, Wenezuela, Meksyk. Gdy wylądowałam na lotnisku w stolicy Madagaskaru, Antananarywie to tam sobie pomyślałam, że jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat temu to było tylko marzenie. Jak wiec przyjemnie jest realizować marzenie. Teraz takim marzeniem jest Australia i Nowa Zelandia. Chciałabym też odwiedzić kilka europejskich krajów, w których jeszcze nie byłam. To choćby Macedonia i Albania. W najbliższych planach mam wylot na Sycylię.

We wszystkich odwiedzanych krajach próbowałam także tamtejszych specjałów. Mój mąż to nawet twierdzi, że zjem wszystko co mi nie ucieknie. Jadłam smakowity stek z krokodyla - w smaku jak mięso z kurczaka. Pieczone chrabąszcze w Meksyku smakują jak chipsy, tylko trzeba to jeść na ciepło. Bo na zimno to już ohyda. Napój ze sfermentowanego zboża, jakim nas uraczono w Etiopii  zdecydowanie do gustu mi nie przypadł. Podobnie jak uważam za „niepijalną” chińską wódkę – „żmijówkę”. Japońska sake zaś z reguły jest podawana w wariancie 20%. Stad potem opinie o jej beznadziejnym smaku. Ale można sobie przecież zamówić również tę samą wódkę nawet w wariancie 90%. Inna rzecz, iż słowo „sake” po japońsku oznacza po prostu alkohol. Stąd w sklepie alkoholowym w Tokio, długo musiałam tłumaczyć o co tak naprawdę mi chodzi. W Wenezueli zaś kupując miejscową whiskey zaskoczona byłam … ceną. 6 złotych za litr! Droższa w Caracas była nawet butelka coca coli. Ten ustrój chyba, rzeczywiście nie mógł przetrwać. Zawieziono nas tam na fermę gdzie stało kilkadziesiąt traktorów. Wszystkie z włączonymi silnikami. Bo właściciel gospodarstwa stwierdził, że ropa jest zdecydowanie tańsza od psujących się, przy kolejnym uruchamianiu, stacyjek. Jednocześnie sama Wenezuela jest krajem mocno niebezpiecznym. Kraty w hotelowych oknach były od parteru do dwunastego piętra. Po ulicach Caracas chodziliśmy zawsze w kilkunastoosobowych grupach, trzymając się za ręce. Przeżyłam też straszliwe turbulencje podczas lotu z Etiopii do Stambułu. Jeszcze tak rozmodlonego samolotu to ja nie widziałam. Wszystkie modły oczywiście na intencję szczęśliwego zakończenia lotu.

Krajem mocno oryginalnym, ale relatywnie bliskim od Polski jest Malta. Sama wyspa jest mało zielona, skalista, zakurzona, praktycznie bez plaż, wszędzie jest pełno ludzi, ale jednocześnie to kraj bardzo wciągający. Może dlatego, że w maju kwitnie tam tamaryszek. A pomieszanie bryzy morskiej z kurzem i zapachem kwiatu tamaryszka daje jakiś niesamowicie oryginalny koktajl zapachowy. Wspaniałe wrażenia widokowe ma się także na Cyprze. Efektowna jest również droga oraz krajobrazy wokół niej, wiodąca z Suwałk przez Kowno, Rygę do Tallina. A zarazem i w Rydze i w Tallinie są wspaniałe starówki. To kraje bliskie, a zarazem całkowicie przez polskich turystów nieodkryte.

Szwarcwald - Szlakiem Win Alzacji

Ma też pani Ewa takie filozoficzne spojrzenie na przemijający czas.

- Kiedyś do mojego biura klienci przychodzili często ze swoimi dziećmi, a teraz już przychodzą same dzieci. Co najwyżej ze swoimi dziećmi. Bo jak się okazuje zaufanie do „Bajera” przechodzi przez pokolenia. I oby tak zostało. Bo jeszcze tylu klientów chciałoby poznać świat, a i właściciele też chętnie wyskoczą tu czy tam.

Komentarze (1)

Dodaj swój komentarz

  • olsztyniakkkkk 2019-06-16 22:20:43 88.156.*.*
    Korzystałem z usług biura "Bajer" i wszystkim polecam. Pełen profesjonalizm a Pani Karolina dopasuje wszystkim wycieczkę jak dobry krawiec- będzie uszyta na miarę:))
    Odpowiedz Oceń: 2 0 Zgłoś treść