Dziś jest: 06.03.2026
Imieniny: Agnieszki, Jordana, Róży
Data dodania: 2026-03-06 14:20

Łukasz Czarnecki-Pacyński

Szlachecki musical w greckiej świątyni

Szlachecki musical w greckiej świątyni
Na pierwszym planie reżyser "Pana Tadeusza", Sławomir Narloch
Fot. Karolina Nowak

Teatr im. Stefana Jaracza po raz kolejny udowadnia, że narodową świętość można zdjąć z ołtarza, otrzepać z patyny i… nie zabić jej - ani siebie - przy tym. To „Pan Tadeusz” w reżyserii Sławomira Narlocha.

reklama

Narloch nie ukrywa, że nie interesuje go epopeja w tonie „na baczność”. Jak sam mówi: — Dla mnie to był zawsze tekst o żywych ludziach. Mickiewicz był niezwykle inteligentnym poetą i zaskoczyło mnie, jak jego lęk o świat dziś aktualnie wybrzmiewa. Reżyser mocno nawiązuje tutaj do aktualnej sytuacji geopolitycznej Polski. Inwokacja „Litwo, ojczyzno moja” zostaje rozszerzona o nazwy państw Unii. A tę bezpieczną wspólnotę można stracić równie łatwo, jak Horeszkowie stracili swój zamek, kiedy Jacek Soplica zastrzelił Stolnika podczas rosyjskiego oblężenia. Oto jak polskie swary prowadzą do utraty wszystkiego - zdaje się mówić Mickiewicz. Zamek Horeszków jest w „Panu Tadeuszu” już tylko zniszczoną ruderą, dlatego spór o niego między Hrabią, a Soplicami ma w istocie charakter symboliczny. Zamek staje się więc metaforą losu Polski, w której przeszłość nieustannie powraca i domaga się rozrachunku.

Reżyser mówi wprost: — To opowieść o szukaniu zgody między zwaśnionymi rodami. Czym ona dzisiaj jest w kontekście losów naszego kontynentu? Musimy ją znaleźć, zanim będzie za późno. Podczas bankietu popremierowego puentuje Narloch rzecz z rozbrajającą przewrotnością: „Może nie bądźmy przedmurzem, ale rozchmurzem Europy.” Przestawmy więc zwrotnicę – od oblężonej twierdzy ku wspólnemu stołowi, przy którym biesiadują uczestnicy scenicznego spotkania w Soplicowie.

Antyk – czyli jak zrobić krok w tył, żeby pójść do przodu

Aby uwolnić się od narosłych pokoleniami schematów przeniósł reżyser akcję Pana Tadeusza do świata antyku. Soplicowo zatrzymało się gdzieś między Epidauros a ruiną polis. Narloch tłumaczy: — Antyk pozwala nam wysłać widza maksymalnie daleko od polskich kontekstów, aby tam, u źródła teatru, w ruinach, dobrać się do rdzenia tej opowieści.

Scenografia Maksymiliana Maca działa jak esej napisany w kamieniu i złocie. Monumentalna konstrukcja przypominająca pękniętą wazę obraca się na scenie niczym metafora historii. Postaci w miedziano-złotych kostiumach wyglądają, jakby zeszły z antycznych malowideł, a zarazem jakby były współczesnymi figurami w kostiumie mitu. W tle – wulkan. Nad stołem – ciężki odłamek skalny. — Wulkan? To znaczy, że coś wybuchnie? - pytam pana Maksymiliana tuż po spektaklu, jeszcze w emocjach po obejrzeniu tego niezwykłego dzieła. — Dokładnie tak. To zapowiedź czegoś nieuchronnego. Wszak to przez Litwę szedł Napoleon na Moskwę — a wraz z nim szły nadzieje, także mieszkańców Soplicowa, na odrodzenie Rzeczypospolitej.

Musical, czyli trzynastozgłoskowiec w rytmie pulsu

To wszystko jest musicalem, w którym aktorzy Teatru Jaracza śpiewająco - w tym przypadku dosłownie - radzą sobie z tym wyzwaniem, świetnie przygotowani do tej roli przez Magdalenę Czubę. Kompozytor oprawy muzycznej spektaklu, Jakub Gawlik, nie bał się mieszać porządków:

— Chcieliśmy zrobić musical w konwencji muzyki rozrywkowej – pop-jazzowej, trochę z wyższej półki - powiedział mi po spektaklu. Ale ta „wyższa półka” ma też momenty ironicznego mrugnięcia okiem. — Jeśli w świątyni naszej kultury można postawić plastikowe krasnale i śpiewać disco polo, to znaczy, że profanum wkroczyło w sferę sacrum - dodał kompozytor.

Ale to nie dlatego, że ktoś zgubił kompas estetyczny. To gest prowokacyjny. I jeśli ta przestrzeń — antyk, Mickiewicz, mit wspólnoty — rzeczywiście ma ciężar symboliczny, to nie rozsypie się od kilku elementów popkultury. Innymi słowy: to nie disco polo niszczy sacrum, tylko je co najwyżej testuje. Bo jeśli „Pan Tadeusz” wytrzymuje: antyczną stylizację, musicalową formę, krasnale, jazz-rockowy chór, polityczne aluzje, to znaczy, że nie jest porcelanową figurką z kredensu, tylko żywą tkanką kultury.

Aktorzy, którzy niosą ten świat

Wśród wielu znakomitych kreacji aktorskich trudno wymienić wszystkie, nie narażając kogoś na niesprawiedliwe pominięcie. Warto zatrzymać się przy Marcinie Kiszluku w roli Sędziego. Zagrał go z taką precyzją wieku, tonu i gestu, że przez długą chwilę nie rozpoznałem aktora. Mikołaj Trynda jako Tadeusz porusza się w przestrzeni scenicznej z naturalną, „młodzieńczą” swobodą, wybrzmiewającą w ruchu i spojrzeniu. Marcin Tyrlik stworzył prześmiewczy portret Hrabiego jako rozpieszczonego sybaryty, którego służba wozi na specjalnym szezlongu, bo jemu samemu nie chce się już nawet chodzić. Jacek Soplica w interpretacji młodego Macieja Cymorka nabiera innego wymiaru. Młodość aktora podkreśla umowność inscenizacji i przypomina, że historia winy i odkupienia nie jest sprawą wieku, lecz wyboru.

Interesującym zabiegiem było powierzenie roli Rejenta Emilii Lewandowskiej, a Asesora Agacie Zielińskiej. Ten gest podkreśla teatralną umowność świata tu przedstawionego. Ma także jeszcze inną wymowę. W starożytnej Grecji kobiety nie miały przecież w zasadzie wstępu na scenę, a role kobiece odgrywali ucharakteryzowani mężczyźni.

Na scenie pojawiają się również Kanefory — w starożytnej Grecji młode dziewczęta noszące kosze ofiarne w procesjach ku czci bogów. Tutaj stają się strażniczkami rytuału i przewodniczkami widza po tej antycznej, a zarazem współczesnej opowieści.

Ogromną rolę odgrywa także w spektaklu zespół muzyczny pod kierownictwem Mateusza Cwalińskiego. Klawisze, perkusja i gitara basowa budują puls teatralnego widowiska.

Nie wszystkie wątki opowieści Mickiewicza znalazły swoje miejsce w inscenizacji Narlocha

Nie dla wszystkich przesławnych fragmentów mickiewiczowskiej epopei znalazło się w spektaklu pole do interpretacji. Wystarczyło, że w chwili spotkania z Tadeuszem Telimena (znakomita Ewa Pałuska-Szozda) wykrzyknęła dramatyczne „mrówka!”, a sala natychmiast wiedziała, w jakim miejscu poematu się znajdujemy.

Nie pojawia się także Zosia Horeszkówna — małżeństwo której z Tadeuszem - to taki litewski Romeo i Julia, tyle, że ze szczęśliwym finałem. Słyszymy tylko o tym ze sceny i to wystarcza.

Pamiętajmy także, że Pan Tadeusz powstał w Paryżu już po klęsce powstania listopadowego, kiedy polska emigracja żyła tam pod stałą obserwacją rosyjskiej dyplomacji. I dlatego nie ma w utworze opisów represji, konfiskat majątków czy procesów politycznych, a stała się epopeja Mickiewicza po prostu poematem o utraconym świecie.

Bocian, który patrzy z góry

I wreszcie Bocian, zagrany przez Wojciecha Rydzia, balansujący między groteską a metafizyką. To figura czujności. — Zawsze szukam narratora, który mógłby komunikować myśli - wyjaśnia Sławomir Narloch. — Bocian jest symbolem Polski. W mitologii był też ptakiem śmierci. Chciałem, żeby był znakiem, że jakaś siła wyższa może nas obudzić.

Narloch mówi wprost: „Idzie na nas burza. Zbierają się ciemne chmury i my tego nie widzimy.” Jej scenicznym odpowiednikiem nie są pioruny lecz sylweta wulkanu majacząca w tle i ciężki odłamek skalny zawieszony nad stołem. Trudno tu oprzeć się skojarzeniu z obrazem z wiersza „Jacek Malczewski” Jana Lechonia – z ruszającymi kołami młynów, które symbolizują nieubłagany ruch historii. W olsztyńskim „Panu Tadeuszu” również pobrzmiewa takie przeczucie: pod powierzchnią sielanki pulsuje historia, która nigdy nie przestaje „mielić”.

Jednocześnie Narloch przesuwa perspektywę – otwiera naszą myśl na szerszą wspólnotę. Koncert Jankiela, zagrany przez towarzyszący aktorom zespół muzyczny, niespodziewanie przechodzi w „Odę do radości”, hymn zjednoczonej Europy. Symboliczny gest dopełnia także wspomniana wyżej inwokacja, w której miejsce dawnej Litwy zajmują nazwy wszystkich krajów zjednoczonej Europy. Młody widz mówi mi po spektaklu: — Ta metafora, że możemy stracić Unię, tak jak oni stracili swoją wspólnotę – to mnie poruszyło.

Ten ton niepokoju wybrzmiewał także podczas popremierowego bankietu w foyer teatru. Roznoszono tam jakieś kanapki, częstowano lampkami wina, wszyscy byli jednak zaabsorbowani rozważaniem przesłania obejrzanego właśnie spektaklu. I oczywiście doceniali maestrię jego twórców. Tak, jak pani Iza z Olsztyna, która powiedziała mi: — Nasz teatr naprawdę robi świetne rzeczy. Zatrudnia reżyserów z najwyższej półki, którzy mają świeże spojrzenie na stare, historyczne utwory.

Dyrektor olsztyńskiego teatru, Paweł Dobrowolski

Zespół aktorski uhonorował twórców dzieła wręczając im „złote sandały” umocowane na zgrabnych deseczkach. To taki żartobliwy, środowiskowy rytuał pojawiający się lokalnie w zespołach teatralnych, szkołach aktorskich czy na festiwalach. Ma on związek z tradycją teatru - w czasach starożytnych aktorzy chodzili po scenie właśnie w sandałach, a teraz maluje się je na złoto, aby nadać im charakter nagrody, coś w stylu „złotej maski” czy „złotej palmy”. To złoto podkreśla rangę i wyjątkowość wydarzenia. Wyraża także uznanie dla przebytej drogi twórczej i jest znakiem, że „ten spektakl to ważny krok”.

W popremierowym foyer zamieniłem kilka słów z dyrektorem teatru Pawłem Dobrowolskim i pogratulowałem mu obecnej linii programowej. Po znakomitych „Krzyżakach” Jana Klaty z jesieni ubiegłego roku olsztyński Teatr im. Jaracza konsekwentnie rozwija sceniczną refleksję nad polskim doświadczeniem zbiorowym i jego powracającymi mechanizmami.

Po prostu daję, że tak się wyrażę, wolność artystom, bo wierzę, że artyści mają zawsze najlepsze pomysły, intuicje - wyjaśnił menedżer. — Staram się więc stworzyć tutaj warunki odpowiednie do tego, aby ich pomysły mogły być w pełni realizowane. Cóż mogę powiedzieć jeszcze? Kocham teatr, kocham wspaniałych reżyserów i staram się ich tutaj zaprosić do pracy.

Komentarze (0)

Dodaj swój komentarz