[OPINIA] Opozycja znokautowana, choć PiS nie wszędzie zwyciężyło

[OPINIA] Opozycja znokautowana, choć PiS nie wszędzie zwyciężyło
Wieczór wyborczy Prawa i Sprawiedliwości
Fot. Łukasz Kozłowski / Olsztyn.com.pl

Prawo i Sprawiedliwość miało szturmem zdobyć Olsztyn. Ale twierdza nie zmieniła właściciela, nawet gdy do gry jako wsparcie weszli kandydaci Porozumienia Jarosława Gowina z prof. Wojciechem Maksymowiczem na czele. I choć profesor zdobył najwięcej głosów, to w stolicy Warmii i Mazur wygrała ponownie Koalicja Obywatelska. PiS musiało zadowolić się supremacją w regionie, którą zdobyło przed czterema laty. Ale czy rzeczywiście w lokalnych strukturach największej partii wszystko gra?

W Polsce ponad 8 mln (43,76 proc.) uprawnionych do głosowania dało wyraźny znak poparcia rządowi Prawa i Sprawiedliwości. Tym samym partia Jarosława Kaczyńskiego znokautowała opozycję (na KO zagłosowało niecałe 5 mln Polaków – 27,24 proc. a na Lewicę ok. 2 mln 300 tys. - 12,52 proc.).

Prawo i Sprawiedliwość wygrało także w okręgu wyborczy nr 35, ale w stolicy województwa dało się pokonać Koalicji Obywatelskiej. W tym przypadku nie pomógł nawet prof. Wojciech Maksymowicz, który zdobył największą liczbę głosów wśród wszystkich kandydatów w okręgu – 31 575. Czy zatem PiS ma powody do zmartwień?

Prof. Maksymowicz to doradca wicepremiera Jarosława Gowina. Jest znanym neurochirurgiem, stąd nie było żadnego zaskoczenia, że zgarnie pokaźną liczbę głosów. Gdyby startował z innej listy, wynik byłby podobny. Wraz z nim do Sejmu weszli także znani na Wiejskiej Iwona Arent, Wojciech Kossakowski i Jerzy Małecki. Niespodzianką, a jednocześnie ciosem dla lokalnych struktur PiS, jest za to obecność Michała Wypija. Ten młody człowiek także wywodzi się ze stronnictwa Gowina. W zeszłym roku przebojem dostał się do olsztyńskiej rady miasta, startował również jako kandydat na prezydenta, ale musiał uznać wyższość dwóch o wiele bardziej doświadczonych samorządowców. Teraz także kandydował – z 20 miejsca na liście. Wydawało się, że nie da rady, tym bardziej, że na liście znajdował się m.in. wojewoda Artur Chojecki czy znany od lat Dariusz Rudnik. A jednak dostał się do Sejmu, przez co utarł nosa poplecznikom prezesa lokalnych struktur Jerzego Szmita. To pokazuje, że w stolicy Warmii największa partia ma słabe struktury, a mieszkańcy większym poparciem obdarzają partię, która od dłuższego czasu nie ma pomysłu na siebie.

Jak już wspomniałem, KO obroniła się w Olsztynie przed PiS-em (ponad 29 tys. głosów w stosunku do niespełna 27 tys.). Koalicjanci mieli jednak dużo mniejsze poparcie poza miastem. Ostatecznie weszły trzy znane twarze: Janusz Cichoń, Paweł Papke i Anna Wasilewska. To na pewno cios dla KO, bo po cichu liczono na cztery mandaty. Ale czy miał kto je zdobyć? Czwarty Mirosław Pampuch uzyskał zaledwie 4 447 głosów – to o ponad 6 tys. mniej, niż zamykająca podium Anna Wasilewska.

Co było przyczyną porażki? Tu raczej pokutuje polityka „centrali”. Owszem, były obietnice przedwyborcze – większe wydatki na opiekę zdrowotną, wsparcie najmniej zarabiających czy niższy PIT oraz składki ZUS. Co z tego, skoro w opinii wielu ludzi, nawet wcześniej głosujących na PO, są to obietnice bez pokrycia, bo w przeciwieństwie do arcyrywala oni ich nie spełniali. A przecież rządzili przez 8 lat. Popełniają te same błędy, które popełniało Prawo i Sprawiedliwość, gdy było w opozycji – same ataki na rządzących nie zdają egzaminu.

Nie tylko KO odczuwa długotrwałe skutki zaniechań programowych. Na lewicy narosły one do tego stopnia, że żadne z ugrupowań nie znalazło się w parlamencie poprzedniej kadencji. Coś trzeba było zmienić. Tenorzy trzech największych partii lewicowych, mimo wielu różnic, postanowili zawrzeć sojusz. Czy się udało? Z jednej strony tak, bo w Sejmie znajdzie się kilkudziesięciu posłów tych formacji, z drugiej strony Lewica liczyła na więcej. Wywietrzono szatnię, postawiono na młodych i to przyniosło rezultaty, przynajmniej w miastach – w Olsztynie Lewica zajęła 3. miejsce (17,68 proc.), w regionie również znalazła się na podium, ale wynik był dużo słabszy 13,84 proc. – nieznacznie lepiej od PSL. Do Sejmu z okręgu wyborczego nr 35 wszedł Marcin Kulasek, sekretarz generalny SLD, na którego głosowało ponad 20 tys. osób. To trzeci indywidualny wynik(!) w okręgu – za prof. Maksymowiczem i Januszem Cichoniem. Marcin Kulasek, podobnie jak Michał Wypij, do tej pory nie miał okazji znaleźć się w kuluarach wielkiej polityki. I jeżeli nie chce tego zaprzepaścić, w cztery lata musi przekonać wyborców do siebie i swojej formacji politycznej. Nie będzie łatwo, bo socjalne obietnice spełnia PiS.

Standardowo do Sejmu weszło Polskie Stronnictwo Ludowe, które uzyskało o wiele lepszy wynik w Olsztynie, niż przed czterema laty. Wtedy nawet nie uzyskali progu wyborczego – teraz ugrali niemal 10 proc. Jest to w dużej mierze spowodowane połączeniem sił z Pawłem Kukizem i zobowiązaniem do wdrażania jego postulatów. Jednak próżno szukać nowych twarzy w Sejmie. Stałą bywalczynią sejmowej ławy jest bowiem Urszula Pasławska. Nie inaczej było tym razem. Ludowcy, w przeciwieństwie do KO i Lewicy, nie stronią od układów, dlatego mogą stać się potencjalnym koalicjantem każdego ugrupowania, które da im to, co będą chcieli.

Konfederacja osiągnęła niecałe 7 proc. w mieście i okręgu. I mimo że z regionu nie dostał się żaden poseł, to wynik można uznać za sukces. Dowiedli, że w Sejmie może się znaleźć ugrupowanie o światopoglądzie bardziej konserwatywnym niż Prawo i Sprawiedliwość, a zarazem liberalnym gospodarczo. Jego liderzy już zapowiedzieli, że ułożą się z partią, która odrzuci postulaty LGBTQ. Do kogo te słowa były skierowane? Wydaje się, że głównie do partii rządzącej. Pytanie tylko czy Jarosław Kaczyński będzie chciał się układać?

PiS w Sejmie ma większość, chociaż nie konstytucyjną. Przeciwnicy cieszą się, że odbili Senat (łącznie z kandydatami niezależnymi – partia rządząca uzyskała 49 mandatów na 100). To niczego nie zmienia. Rząd dłużej będzie procedował nowe ustawy, bo Sejm większością głosów może odrzucić uchwałę Senatu. Jak widać, przez kolejną kadencję jesteśmy skazani na samodzielne rządy jednej partii. Choć Prawo i Sprawiedliwość ma większość, to paradoksalnie okres powyborczy może być dla tego ugrupowania ciężkim czasem, czasem próby. Trudno oczekiwać, aby koniunktura gospodarcza utrzymywała się na podobnym poziomie przez kolejne cztery lata, zwłaszcza, że z Zachodu napływają kolejne oznaki kryzysu. Teraz PiS musi tym bardziej uważać, bo łaska suwerena na pstrym koniu jeździ. Szkoda tylko, że suwerenem bywa się raz na cztery lata.

Cezary Kapłon

Komentarze (3)

Dodaj swój komentarz